Raz, dwa, trzy, cztery

listopad 2, 2009 - autor: przemekzet

Robię różne małe kroczki ku polepszeniu, ale nie o tym chciałem pisać.

Ostatnimi czasy zdarzają mi się momenty, które uwielbiam – momenty intensywnej pracy mojego mózgu, kiedy wydaje się on pracować na najwyższych możliwych obrotach, a w każdym razie nigdy nie czułem, by pracował wydajniej. Następują one zwykle po pasjonujących zajęciach bądź lekturze, czasem także wtedy, kiedy uda mi się ukierunkować silne emocje (które kiedyś zużywałem głównie na bezproduktywne ich odczuwanie). W momentach tej intensywnej pracy umysłu (a trwają maksymalnie kilka godzin) świetnie mi się pisze, rozumiem lektury, które dotąd sprawiały mi trudność, jestem bardziej pewny siebie i pojmuję zjawiska szerzej, głębiej.
Jest tylko jeden problem. Kiedy taki epizod trochę potrwa, zaczyna mnie boleć głowa, a ból narasta w miarę trwania tego stanu. Przechodzi po zwykłej tabletce. Zaznaczam, że nie piję kawy, herbatę bardzo rzadko, wysypiam się i nie biorę żadnych leków. Czy ten ból jest normalny?

Jeszcze krótko o problemach z zapamiętywaniem. W moim wypadku sprawa nie dotyczy tylko dat czy faktów (choć ich również często nie pamiętam). Zapominam o zbyt wielu rzeczach, żeby nie czuć na myśl o tym niepokoju. Ze zlotów na przykład pamiętam po kilka oderwanych scen. Z historii mi opowiadanych zapamiętuję temat i czasem puentę, nic więcej. Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami. Miewam też problemy ze skupieniem się. Martwi mnie to trochę, bo muszę trochę oszukiwać, nadsztukowywać: wyobrażać sobie sceny, których nie pamiętam, z relacji innych, wszystko notować, zapamiętywać nie twarze żywych ludzi, ale ich fotografie (bo tak mi łatwiej) itp. Mam chwilami wrażenie, że to jest jakiś fizyczny defekt, bo wydaje mi się dziwne, że mogę zapominać aż tyle.

Nie bardzo wiem, co z tym fantem zrobić.

Zmęczony

październik 11, 2009 - autor: przemekzet

Mam już dosyć. Mam dosyć walki, dosyć starań, dosyć zmagania się z samym sobą. Ilekroć wydaje mi się, że zmieniłem bardzo dużo, otwiera się przede mną bezkresna przestrzeń rzeczy, które wciąż muszę zmienić. Jestem już zmęczony.
Wciąż mam ogromne problemy z zapamiętywaniem, nadal nie radzę sobie w relacjach z ludźmi, ciągle nie umiem postawić na swoim. Mogę to wszystko zmienić, ale wiem, jak ogromnie dużo pracy to wymaga i boję się tego wysiłku, i nie chcę go podejmować. Dlaczego nie mogę się zgodzić na to, co już mam? Chcę pisać, czytać, spotykać się z Aldoną, spotykać się z Hazel, dlaczego to ciągle za mało? A jednocześnie przecież wiem, że chcę więcej, bo gdyby tak nie było, zadowoliłbym się tym stanem rzeczy. Tylko że ja już nie mam siły walczyć. Nie chcę przez następne lata zmuszać się w każdej sytuacji do łamania schematów myślenia: do bliższego poznania ludzi z grupy, do zapamiętywania informacji, do bronienia swojego zdania – a wszystko to tylko po to, by po naprawieniu tych wszystkich rzeczy spojrzeć na siebie i zobaczyć, że wciąż jest mnóstwo rzeczy wymagających zmiany. Wiem przecież, że nigdy do końca nie pozbędę się tych problemów, wiem, że do końca życia będę musiał toczyć tę walkę. I że nie będzie momentu, kiedy spojrzę i powiem: już jest dosyć, tyle mi wystarczy, jestem wystarczająco dobry.
Tak, to jest nierozwiązywalny problem filozoficzny: dlaczego muszę zmierzać do doskonałości, której nie mogę osiągnąć.

Wiem, że tak naprawdę tego właśnie chcę. Chcę się nadal zmieniać na lepsze, otworzyć się na świat i ludzi, nie podporządkowywać się tym, na których zdaniu mi zależy. Ale mam już dość ciągłych zmagań z samym sobą. Chcę być człowiekiem, który wierzy w siebie, dlaczego to takie trudne? Dlaczego inni mogą wszystko to, o co ja walczę, mieć już na starcie i na tym budować, a ja nigdy nawet nie dojdę do poziomu zero?

Wiem, że zamiast mówić i myśleć o działaniu, muszę po prostu działać. Podjąć tę pieprzoną walkę. I nie myśleć, że to, że poczułem się lepiej po przeczytaniu jednej książki, cokolwiek zmieniło. Bo, jak widać, wyczytane z książki mądrości nie dały mi nic.
Nie mam już siły się zmieniać.

To jest mój moment kryzysu.

Przełykanie twardej tabletki

wrzesień 26, 2009 - autor: przemekzet

Kupiłem sobie książkę. Poradnik. “Pokochaj siebie”.
Ta książka powiedziała mi kilka rzeczy, w które bardzo staram się teraz uwierzyć i nad wiarą w które pracuję.
Nie muszę czuć się winny. Nigdy. Poczucie winy jest bezcelowe, bo nie jest w stanie zmienić tego, co się już wydarzyło ani niczego nauczyć. Jest zwykłym traceniem czasu. Popełniłeś błąd? Wyciągnij wnioski, postanów zmienić swe zachowanie w przyszłości, move on. Dokładnie tak samo jest z martwieniem się. Martwienie się o rzeczy, na które wpływ mam bardzo nikły, jest traceniem teraźniejszości.
Nie jestem nigdy ostatecznie zdefiniowany. Nie mogę określać się jakimikolwiek etykietkami, bo każdą z nich można zmienić ciężką pracą. Nie jestem dobrym tancerzem? Jeśli będę ćwiczył wystarczająco długo, stanę się dobrym tancerzem. Jestem nieśmiały? Nie jestem. Bywałem. Nie muszę taki być.
I rzecz, która uderzyła mnie najbardziej. Nie potrzebuję waszej aprobaty. Nie potrzebuję potwierdzenia mojej wartości od nikogo. Nie muszę się starać, żeby was zadowolić, dostosowywać swojego zdania i gustów do waszych ani pozwalać, by to wasza opinia o mnie decydowała, kim jestem. A przecież robię to bez przerwy. Do tego stopnia, że czuję się winny, kiedy nie podoba mi się zachwycający was film. To przecież czysty absurd.
Poradnik ów powiedział mi też, że im pewniejszy siebie będę, z tym większą łatwością będzie mi przychodzić zainteresowanie światem. Mam nadzieję, że tak się stanie, bo (mimo moich starań) jednak martwi mnie, że ani muzyką, ani filmami, ani koncertami nie jestem w stanie naprawdę się zafascynować. I don’t care. I really wish I did. Bo zazdroszczę wam, a przez to tylko utrudniam sobie uwierzenie, że nie muszę być taki jak wy.

Najdziwniejsze jest to, że przecież dokładnie to samo świat starał się mi powiedzieć od lat. Nawet Biblia mówiła mi, że kochać bliźniego mam tak, jak siebie samego, a ja nie potrafiłem tego zrozumieć. Widać potrzebowałem, żeby ktoś mi to wszystko zebrał w całość i jasno wyłożył.

To jest trudna wiedza i trudna walka. Ale jestem w stanie ją wygrać. Jest lepiej niż było rok temu, więc za rok może być jeszcze lepiej. Muszę walczyć. Bo próbując bez przerwy dopasować się do was, nigdy nie będę szczęśliwy.

A zlot to remember

sierpień 27, 2009 - autor: przemekzet

Piątek. Dzień pierwszy. Muszelka.

Domek nad jeziorem. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na spotkanie? Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu nad Tymonville. Stamtąd nie chce się wyjeżdżać: gdybym mógł, zamieszkałbym tam i pisał całymi dniami. Widok z pomostu…
Znacznie ważniejsi od miejsca byli jednak ludzie. Możliwość zobaczenia was wszystkich to przecież esencja zlotu. Nie miało znaczenia, których z was ostatni raz spotkałem przed miesiącem, a których półtora roku temu. Radość była ta sama. Przebywanie z Magicznymi jest równie naturalne jak oddychanie i dopiero po powrocie uderza, że można żyć bez powietrza. Piątek był śpiewaniem na pomoście, słoneczną taflą jeziora, cichym z konieczności Zapachem wrzątku i niespożytą energią Tymona. Kwintesencja tego pierwszego dnia? Można było pić wódkę z kieliszka do jajek albo można jej było nie pić i każdy wybór był dobry. Siedem godzin w pociągu nie miało żadnego znaczenia. Żal wyłącznie starszych ludzi w przedziale, którzy nie rozumieli, jak śmieszne są pociągi z Zakopanego czterokrotnie zmieniające tory, by zgubić pościg.

Sobota. Dzień drugi. Chłopiec, który przeżył.

Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w sobotę, ta historia bez wątpienia przejdzie do historii. Ale nim Ewa miała okazję zdobyć +1 do Paramedic, zaś Marta +1 do Perswazji, były Scrabble i pływanie w lodowato zimnym jeziorze. Finał dnia drugiego bynajmniej go dla mnie nie definiuje. Zapamiętam zażartą dyskusję zakończoną szokującym wnioskiem, że to, co nie jest językiem, może nie posługiwać się narzędziami języka. Zapamiętam przykre historie ze szkoły, zwłaszcza tę, której nie opowiedziano. Zapamiętam drugą noc śpiewów na pomoście i to, jak wspaniale brzmią piosenki z Doctor Horrible’s Sing-Along Blog wykonywane w porywach zimnego wiatru i na cztery głosy. A narodziny jednorękiego bandyty? Pozostał mi żal do Avady, współczucie dla Tymona, uznanie dla zimnej krwi Ewy oraz wdzięczność dla Em i Najki, które wiedziały, co potrzebowałem usłyszeć w tamtej chwili. Bez wątpienia istotny epizod. Niekoniecznie coś, co chciałbym powtórzyć.

Niedziela. Dzień trzeci. Magiczne Dowcipy Weasleyów.

Po emocjach poprzedniej nocy tempo zlotu zmalało. Przebudzenia, porządki, odjazdy – tak zapamiętałem poranek. Był pomost w wielu wydaniach, od areny gry w kalambury (holizm!) po nocne rozważania filozoficzne. Narodził się po chuju Bambi i zalśniły, iście jak u Sapkowskiego, gwiazdy odbite nocą na powierzchni stawu. Tudzież jeziora. Nasz gospodarz był tego dnia mistrzem opowieści – potrafił nas ująć dowcipem o śmierdzeniu trupem i historią kawału z kominiarką. Czapki z głów, panie i panowie. I jeśli nawet na nastroje cień rzucał poranny powrót Łapy i myśl o opuszczeniu Tymonville, dzień był udany. Dziękuję wyrozumiałym rodzicom Ludwisarza i galopującym jeżom.

Poniedziałek. Dzień czwarty. Do Nory!

Dzień odjazdów to zawsze przykry dzień, nawet, jeśli dla większości z nas był to odjazd pozorny. Pożegnaliśmy z żalem Hazel, Tymona i Gosię. Podróż do Poznania była ciekawym przeżyciem – najpierw w ostatniej chwili wysiedliśmy na właściwym przystanku, potem o mało nie przegapiliśmy właściwego pociągu. Gumy od Najki ratowały życie, bo spać chciało się porządnie. Miasto doznań nie zawiodło. Przede wszystkim – Eva, za którą się stęskniłem i myślę, że nie byłem w tym uczuciu odosobniony. Danny Kalifornia, którego zawsze za mało. Z kwestii pozaludzkich zaś – zapierający dech w piersiach Stary Browar, uroczy rynek i piękno Poznania nocą. Przyjazd Katona z Marcinem w mgnieniu oka sprowadził rozmowę na temat muzyki, ale że otrzymaliśmy rekompensatę w postaci Abaddona, Dagorrana i Peruna, zostaje mu to niniejszym wybaczone. Eva ma doskonały angielski akcent, wie, co to cynghanedd i ma śliczne mieszkanie i puszcza piosenki o godności kobiet. Nareszcie się dowiedziałem, co napisała w pocztówce z Walii, którą otrzymałem rok temu. Chciałoby się więcej takich dni.

Wtorek. Dzień piąty. Ulica Pokątna.

Dzięki moim nieprzeciętnym umiejętnościom Wyszukiwania Ścieżek zobaczyliśmy poznańskie koziołki i niemiłego Pana Dementora. Wycieczka po mieście i widok z Wzgórza Przemysła utwierdziły mnie w przekonaniu, że gdyby nie istniał Kraków, to właśnie w tym miejscu chciałbym studiować. Tak, Evo, przez moment nawet żałowałem. Ale tylko przez moment. Zdecydowanym plusem dnia było poznanie Nataku. Zajmujący to człowiek.
A potem Przemek z niejasnych powodów wydał 150 złotych i poszedł na Radiohead. Obiektywnie rzecz biorąc, koncert był wspaniały, ale z przykrością muszę stwierdzić, że nie bawiłem się dobrze. Cóż, miło było wziąć udział w czymś tak dużym. Nawet, jeśli potem w domu było z tego powodu nie za ciekawie. Cieszę się, że inni byli zachwyceni, o to w sumie chodziło. Tyle na temat koncertu.
Kiedy zaś wszyscy już spali, Przemek, Marcin, Danny i Eva zapijali wódkę wodą mineralną i zagryzali orzechami włoskimi. Świt zastał nas dyskutujących o blogach, samoocenie, forum i uzależnieniu od internetu, niekoniecznie w tej kolejności. Zostały zawarte pijackie umowy, o których niech milczy historia. Potem zaś Eva czuła się źle. Ale to już właściwie nie należy do dnia piątego.

Środa. Dzień szósty. King’s Cross.

Dwie godziny snu to jednak trochę mało. Eva nie była nas w stanie pożegnać, co zrozumiałe. Razem z Najką przejechaliśmy bez biletu trzy poznańskie przystanki i wpakowaliśmy się do zapchanego pociągu. Głodni, bez biletów i zmuszeni okupować korytarz w pobliżu toalety, zostawiliśmy za sobą zlot. Reszta rozjechała się krótko po nas.

I to już właściwie koniec relacji. Jest co wspominać, nie ma czego żałować. Najlepszy prezent urodzinowy, o jakim mogłem marzyć. Tymonie, Evo – dziękuję.

***

sierpień 10, 2009 - autor: przemekzet

Czasem dociera do mnie, jak bardzo jestem szczęśliwy.
Otrzymałem dziś od Avady najwspanialszy przedwczesny prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostałem. Najwspanialszy, bo nigdy przedtem nikt nie wysłał mi paczki przez pół Polski tylko dlatego, że mu zależało.
Myślę o was – o tych, którzy są moimi przyjaciółmi i tych, których znam nieco mniej. Myślę o tym, jak wspaniałymi ludźmi jesteście. Wszyscy. Czasem aż się wydaje, że na was nie zasłużyłem. Chciałem to ująć jakoś ładnie, ale nie potrafię.
Magiczni – dziękuję, że jesteście.

Ma… zieeew… o.

lipiec 19, 2009 - autor: przemekzet

To ciekawe, ale dużo czasu zajmuje mi dojście do wniosków, które wcale tak trudne do zsyntezowania nie są. Dzisiaj na przykład udało mi się rozwinąć myśl, która od dawna towarzyszyła mi w zanieczyszczonej emo-Przemkiem wersji.
I simply don’t care.
Seriously, I don’t. Może to i wada, ale przede wszystkim (na chwilę obecną, bo co do przyszłości pewności mieć nie mogę) jest to cecha mojej osobowości. Niezbyt mnie interesuje świat.
Przejawia się to na wielu poziomach. Idąc od góry: dużo czasu zajęło mi wciągnięcie się we własne studia, bo choć bardzo to wszystko ciekawe, zwykle brak mi ochoty, by wejść w to głębiej. Dalej: zupełnie obojętna jest mi polityka, sport, mainstream kultury, kultury niszowe. Filmy całkiem lubię, ale często po prostu tracę zainteresowanie fabułą albo zwyczajnie nie czuję potrzeby obejrzenia czegokolwiek. To ostatnie nadrabiam w książkach, ale przykład wciąż pozostaje dobry. Przejawy tego mojego tumiwisizmu dostrzegam nawet w rzeczach tak prozaicznych, jak ubranie czy jedzenie. Jest mi w ogromnym stopniu absolutnie obojętne, co mam na sobie, dopóki pozostaje to w jakichś rozsądnych granicach i absolutnie nie rozumiem potrzeby kupowania ubrań. Szczerze mówiąc, przez rok w Krakowie nie kupiłem sobie ani jednej części garderoby poza skarpetami i jedną parą butów. Jeśli chodzi o jedzenie, lubię, oczywiście, zjeść coś smacznego, ale straszliwą stratą czasu wydaje mi się stanie przez kilka godzin nad garnkami i jeśli akurat gotuję sobie sam, to potrafię przez miesiąc jeść codziennie makaron i kanapki z pasztetem i nie robi mi to prawie żadnej różnicy.
Odpieram zarzut: przyczyną tego stanu nie jest lenistwo. Ja po prostu nie czuję potrzeby troszczenia się o te wszystkie rzeczy. Trudno jest stłumić w sobie potrzebę, ale jeszcze trudniej jest ją w sobie wzbudzić.
Co ciekawe, widać to też w tym, jak piszę. Parandowski w “Alchemii słowa” rysuje przekrój przez zbiór rozmaitych pisarzy, ukazując na przykład ich metody twórcze bądź wygląd pracowni. Podpadam, zdaje się, pod kategorię ludzi, którym Parandowski nadał nazwę “pięknych rozrzutnych dusz” – pisarzy, którzy piszą wszędzie i na wszystkim. W pociągu, w poczekalni u dentysty, na serwetkach, rachunkach, cudzych dziełach… Zgadza się to z tym, co sam widzę we własnych notatkach: początek tekstu na odwrocie zeszytu z gramatyki, kontynuacja wciśnięta między plan zajęć a miesięczny bilans w notesie, punkt kulminacyjny w jeszcze innym notesie, a zakończenie znów w zeszycie. Umiem – jak to opisuje Parandowski – odciąć się od otoczenia na tyle, by pisać w zatłoczonym przedziale albo na szkolnym korytarzu podczas przerwy. Umiem i robię to. Absolutnie obojętne jest mi to, że piszę brzydko i na skrawkach: liczy się dla mnie wyłącznie treść.
Moje postrzeganie świata przejawia się też w stylu. Moje postacie tak naprawdę nie mają twarzy, bo w zapamiętywaniu tych jestem kiepski. Bardzo rzadko cokolwiek pachnie, rzeczy rzadko miewają kolory, w zasadzie zostaje tylko gra światła na przedmiotach, postawy ludzkie i wyraziste, bardzo wizualne gesty. Ktoś wciąż na kogoś patrzy, zerka, ktoś przewraca oczami i mruży je, kto inny rozgląda się niespokojnie. Potrafię przejść trzy kilometry łąkami i praktycznie niczego nie zobaczyć – i to w tekstach widać. Świat przedstawiony zawiera tylko i wyłącznie elementy potrzebne, cała reszta mogłaby dla mnie nie istnieć.
Nie uskarżam się, nic podobnego. Przyznaję, że wolałbym postrzegać świat głębiej, być w niego bardziej zaangażowanym, ale pogodziłem się z faktem, że jest jak jest. Pozostaje mi tylko z pewnym zażenowaniem przyznać, że najbardziej interesującym tematem jestem dla siebie ja sam. Cóż poradzę.

Podobnie irytuje mnie fakt, że jestem, jak powiedziałby Forrest Gump, a bit on the slow side. Dłużej niż innym zajmuje mi zrozumienie wielu rzeczy, a są zależności i fakty, których mimo starań nie mogę zapamiętać. Na przykład zdarza mi się nie wyczuć ironii w tonie rozmówcy, a kiedy raz ktoś powiedział, że pokaże mi śmieszne zdjęcie przysłane przez znajomego, jakoś tak automatycznie (choć przecież absurdalnie) założyłem, że będzie to materialne, klasyczne zdjęcie, a nie elektroniczny obrazek. Ot, moja codzienność. But once again – what can I do? Pogodziłem się z tym, inaczej się nie da. Będę się wszystkiego – faktów, zależności, ludzi – uczył powolutku, zawsze trochę z tyłu, ale będę się starał najlepiej, jak umiem. I będzie w porządku.

Póki co jestem zadowolony z tego, ile przez rok wypracowałem. W tej chwili staram się jak najwięcej wycisnąć z tych krótkich dni wakacji, dzieląc czas między pisanie, oglądanie seriali i czytanie. I martwienie się różnymi rzeczami, które uparcie nie chcą stać się przeszłością, ale to u mnie normalne. Te studia zrobiły dokładnie to, na co liczyłem: pobudziły mnie intelektualnie. A ludzie, których wymieniać nie będę, bo wystarczy, że oni sami wiedzą, ile zrobili, pomogli mi odnaleźć pewność siebie. We wrześniu jadę na konferencję naukową, czytuję Parandowskiego i piszę spokojne notki na blogu. Czy nie o to właśnie chodziło?

So long to this cold, cold part of the world

czerwiec 18, 2009 - autor: przemekzet

Komórka leży przede mną. Mam ją zawsze przy sobie i zawsze można się ze mną skontaktować. W jej pamięci zapisałem godziny otwarcia ważnych miejsc: sekretariatu, biblioteki, czytelni. Co ważniejsze informacje umieszczam na liście spraw i mam wtedy pewność, że dyskretny alarm o odpowiedniej porze przypomni mi o obowiązkach.

W torbie spoczywa kalendarz. Jego kartki są gęsto zapisane listą zadań do wykonania na kolejne dni. Listy są do pewnego stopnia płynne: jeśli coś jest mało istotne, może ulec przesunięciu na późniejszy termin bez zamieszania w grafiku. Umieszczam tam wszystko: od terminów zaliczeń po przypomnienia o urodzinach znajomych. Na ostatniej stronie kalendarza widnieje sporządzany skrupulatnie bilans dochodów i wydatków. W torbie spoczywa również – zawsze, na wszelki wypadek – zaopatrzony w ochronną okładkę indeks.

Moje notatki z zajęć leżą wszystkie w jednym miejscu. Wiem, jak odnaleźć te potrzebne. Notatki są w zasadzie kompletne. Nie muszę biegać po ludziach ani niczego kserować.

To do mnie ludzie piszą, gdy nie są pewni, czy jutro na pewno jest kolokwium albo co trzeba było przeczytać na staropolkę. I choć nie lubię tych telefonów, często znam odpowiedź.

Potrzebuję poczucia kontroli. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu; akceptuję to. Ale chcę panować nad rzeczami, nad którymi panować mogę. Po roku nowego życia jestem silniejszy. Chcę wykorzystać tę szansę.
Były rzeczy, na które sobie pozwalałem, bo byłem zbyt słaby. Od miesięcy jestem od nich wolny. Chciałbym, aby tak zostało. To lato będzie sprawdzianem: lato w Mazewie, z którego uciekłem. Chcę przyjechać we wrześniu do miasta, które kiedyś było na końcu świata, a teraz jest moje, i powiedzieć: jestem wolny.
Dość już poczucia winy. Dosyć już było chwil, gdy nienawidziłem siebie – nienawidziłem tak głęboko, że aż stawało się to groźne – za to, że ulegałem rzeczom, których we własnym mniemaniu “chciałem”. Nie chcę chcieć.
Chcę być wolny.
I będę.

The lenghts that I will go to

maj 20, 2009 - autor: przemekzet

Dzieje się, dzieje, głównie w mojej głowie. Raz lepiej, raz gorzej. Kiepsko znoszę przedsesyjny stres, ale nie o tym chciałem pisać. Dawno nie było ode mnie wieści, oto więc mały raport.
Staram się zdyscyplinować swój umysł. Panować nad emocjami. Jeżeli chcę, by następowały zmiany na lepsze, muszę przede wszystkim nauczyć się kontroli nad emocjami. Dlatego staram się nie obnosić z nimi, nie słać tysiąca SMS-ów – chcę nauczyć się milczeć. To może mi tylko pomóc: momenty, których w życiu najbardziej żałuję, wiążą się z brakiem należytej kontroli nad uczuciami. Wszystkie te załamania, niepotrzebnie wypowiedziane słowa, głupie myśli… Potrzebuję poczucia, że mam nad sobą kontrolę.
Jest pewien problem, który wynika z tych starań: znacznie gorzej niż kiedyś przeżywam porażki. Albo inaczej – dopiero teraz, gdy wiem, że nie muszę zawsze zawodzić, odczuwam boleśnie własne upadki. To niebezpieczny stan: ta granicząca momentami z obsesją myśl, że robię za mało, nawet jeśli robię więcej, niż ktokolwiek inny. Chęć kontroli rozciąga się na wszystkie aspekty życia – nie tylko na emocje, ale i sferę finansów (choć tu akurat to zdrowy odruch), obowiązków, przyjemności… Zastanawiam się czasem, dokąd to zmierza, bo wiem, do jak dziwnych stanów umysłu jestem zdolny. Niepokoi mnie to trochę. Mimo wszystko lepsze to niż pozwalanie sobie na zbyt dużo.
Za dwa tygodnie skończy się moja przygoda z nauką tańca. Częściowo ze względów finansowych, częściowo czasowych, a głównie dlatego, że kiedy sobie z tańcem nie radzę, jest to niezwykle frustrujące zajęcie. A nie oszukujmy się, taniec nie jest moim żywiołem. Nie czuję się w nim pewnie, nie mam łatwości chłonięcia tej wiedzy. W dziedzinie zajęć wymagających zręczności, lotności i panowania nad własnym ciałem zarazem mogę być w najlepszym razie przeciętny. Chyba nie warto. Tata chciał, żebym nauczył się tańczyć; nauczyłem się. Ale to nie dla mnie.
Piszę. Raz na trzy tygodnie, raz na miesiąc, czasem rzadziej, ale piszę. Nic wielkiego, nic wybitnego. Nie zależy mi na wydaniu, nie umiałbym być znany. Może kiedyś. Na razie wystarczy, że sprawia mi to wielką przyjemność. Podoba mi się to, co piszę, znajduję w pisaniu spokój. Chcę to robić dla siebie. Mogę pisać jeden tekst przez rok albo i dłużej, nie szkodzi. Akurat w tych kwestiach upływ czasu może tylko pomóc. Mam jeszcze zbyt mało doświadczenia, także życiowego, by móc napisać to, co chciałbym swoimi tekstami powiedzieć. W tej chwili znajduję się w fazie przejściowej i jestem tego świadom.
Jestem sam, ale rzadko czuję się samotny. Była pewna Marta z grupy, która najwyraźniej była mną zainteresowana, więc zaprosiłem ją na kawę. Poszliśmy. Cóż – no chemistry, no point. Nie będę się przecież zmuszał. Wiem, że moim rodzicom jest trochę przykro i że martwi ich to, iż nadal jestem sam. Rozumiem to, na ich miejscu też bym się martwił. Tylko co z tego? Nic przecież na to nie poradzę. Nie czuję się samotny. Już nie.
Wiecie, staram się jakoś zadomowić w tym nowym życiu. I tak naprawdę to jestem szczęśliwy. Coś się zmieniło: to chwile gorsze są odstępstwami od lepszych, nie odwrotnie. Mimo różnych spraw, które nadal mnie dręczą, mimo że czasem jest bardzo ciężko być właśnie sobą, jest mi dobrze.
Mam nadzieję, że tak zostanie.

Get it?

kwiecień 18, 2009 - autor: przemekzet

Na początku myślałem, że mam możliwości, tylko z jakiegoś powodu nie umiem ich wykorzystać. Że wszystko, co muszę zrobić, to się skupić.
Nie potrafię się skupiać. Nie wtedy, kiedy to istotne. Rozmawiam i choć wydaje się, że słucham uważnie, moja uwaga się rozpływa. Czytam tekst i chcę – naprawdę chcę – odczytywać go jakoś głębiej, jakoś lepiej, ale nie umiem: widzę tylko najprostsze, najbardziej banalne rzeczy, które dostrzegłby i dwunastolatek. Nie jestem w stanie natychmiast, w toku rozmowy, zgrabnie sformułować swojej myśli ani wyłapać nawiązania do czegoś. (Dlatego wolę pisać). Kiedy mówię po angielsku, nie umiem jednocześnie pilnować gramatyki, sensu i poprawności wymowy.
Próbowałem to zmienić poprzez nakazanie sobie skupienia. Poprzez wymuszenie na sobie stałej czujności. Zacząłem zapisywać wszystkie obowiązki w notesie. Podczas rozmów starałem się maksymalnie skoncentrować na tym, co druga osoba mówi. Na zajęciach zmuszałem się do prób dostrzeżenia czegoś więcej niż moje banalne refleksje.
Nie pomogło.
Gubię rzeczy. Zapominam o obowiązkach. Mówię rzeczy głupie i nie na miejscu. Nie łapię w należytym czasie tego, co się do mnie mówi i nie rozumiem wielu rzeczy, które dla innych są oczywiste. Nauczyłem się już mówić “Nie”, kiedy ktoś pyta, czy znam ten lub tamten film bądź tekst, ale jeśli tych pytań jest za dużo, w końcu ogarnia mnie strach i zaczynam udawać, że wiem, o czym mowa, by nie wyjść na głupka.
Nie jestem najwyraźniej w stanie zmienić tego, jaki jestem. Myślałem, że jest potencjał, który muszę uruchomić, że to tylko jakaś blokada w mojej głowie, która nie pozwala mi się wystarczająco skupić. Ale tak nie jest. Nie ma blokady: po prostu nie ma tego potencjału. To, jaki jestem, to szczyt moich osiągów umysłowych. Nie będę już wyżej. To fizycznie niemożliwe.
Dlatego najlepszym wyjściem jest milczenie. Nieuczestniczenie. Gdy się nie mówi, nie można powiedzieć głupstwa.
Nie znaczy to, że nie będę się angażował. Będę, ale tylko wtedy, gdy ktoś będzie mnie potrzebował. Gdy będę mógł komuś coś dać, nie mając prawa żądać nic w zamian. Bo muszę to sobie nieustannie udowadniać. Muszę to bez końca potwierdzać. Muszę zapychać dowodami tę ziejącą, bezdenną dziurę.

Każda sytuacja jest testem. Każda. Wystarczy, że jestem ja i ktoś jeszcze. Rozmowa.
Test można zaliczyć lub oblać.
Jeśli obleję (a oblać znaczy czasem tyle, co nie wypaść zadowalająco, nie spełnić oczekiwań drugiej strony – ujawnić swą niewiedzę, brak umiejętności lub brak należytej bystrości), jestem na minus. To oczywiste. Porażka jest tylko potwierdzeniem, że poprzednie porażki nie były przypadkowe. Jeśli zawiodę, wiem, że zawiodłem i wina jest tylko i wyłącznie po mojej stronie. Strona druga nigdy nie jest winna. Nigdy. Choćby dlatego, że nie mam prawa mieć oczekiwań.
Jeśli zaś odniosę sukces, jeśli zaliczę test – wychodzę na zero. Udowadniam sobie, że czasem każdemu się udaje, nawet jeśli tylko przypadkiem.
Nie ma możliwości wyjścia na plus. Wszelkie zaliczenia zostają przekreślone jedną porażką, niezależnie od ilości sukcesów i skali porażki. Najmniejszy błąd powoduje automatyczną przegraną.
That’s how it works. I can’t make it more simple.

Jutro będę tej notki żałował, bo nie powinienem ich potrzebować.
Ale potrzebuję, więc będę je pisał. Skoro nie mogę stać się bystrzejszy, będę przynajmniej szczery.

Lifelines

kwiecień 12, 2009 - autor: przemekzet

Z powrotem w Mazewie. Każdy z powrotów jest inny. To ciekawe, ale teraz wracam i do domu, i do Krakowa. W obu przypadkach czuję, że słowo “wracać” jest właściwe.
Obserwuję. Mamę, która potrzebuje, by chwalić przyrządzony przez nią obiad czy poczynione zakupy. Adę, która próbuje zbliżyć jakoś nas wszystkich dokładnie tak, jak ja to robiłem – namawiając bezskutecznie do wspólnego oglądania filmów na komputerze albo grania w gry planszowe. Ciocię, która miota się i męczy w zaklętym kręgu swojego życia. Widzę to inaczej niż wtedy, kiedy byłem częścią tego wszystkiego. Tak, na kilka dni znów się nią stałem, ale to tylko moment. Jestem oderwany. Wiem już co prawda, że nie ma żadnego rozgraniczenia na Przemka z Mazewa i Przemka z Krakowa, ale nie w tym rzecz.
Nie mam poczucia ciągłości. Nigdy go nie miałem. Życie rozpada mi się na okresy i obrazy, bardzo silnie odrębne. Dlatego przejawy ciągłości, jakie podczas tego powrotu obserwuję, tak mnie zaskakują.
Kilka starych fotografii. Na pierwszej moi rodzice, młodzi i uśmiechnięci w jakiś słoneczny dzień. Tata szczupły, wysportowany, w krótkich spodenkach, mama wesoła i z włosami tak długimi, jakich nigdy u niej nie widziałem. Zdjęcie z czasów, gdy mnie nie było jeszcze nawet w planach. Patrzyłem na nich, niewiele starszych niż ja teraz, nie mających pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jacy wtedy byli? Jakie mieli plany? Czy kiedy mój tata porzucał szkołę oficerską, by móc wziąć z mamą ślub kościelny, zastanawiał się, jak się wszystko potoczy?
Jest też drugie zdjęcie, od którego długo nie mogłem oderwać wzroku. Ja, w wieku może dziesięciu lat, siedzący w fotelu z gazetą i patrzący w obiektyw. Patrzący na mnie. To takie dziwne: te oczy, które się we mnie z powagą wpatrują, to moje własne oczy. Twarz jakby nie moja – nie do końca identyfikuję się zresztą nawet z moją obecną twarzą. Przemek z przeszłości patrzy na mnie, jakby o coś mnie pytał i oczekiwał odpowiedzi, a ja myślę – kiedyś byłem nim. Siedziałem tam, po tamtej stronie mojego życia, jeszcze pewny siebie, jeszcze przewodzący okolicznym dzieciakom, a gdzieś daleko dorastali ludzie, którzy dziś są dla mnie najważniejsi. Nasze linie życia dopiero miały się skrzyżować. Gdzieś daleko w przyszłości czekał moment przeczytania “Harry’ego Pottera”. Czekała Klaudia, moja pierwsza miłość. Czekał mój pierwszy zlot. Pamiętny zlot kwietniowy. Matura. Kraków. A ja siedziałem tam, całe wieki temu, ja i zarazem nie ja, bo zupełnie inny człowiek. Nie potrafię nawet wyrazić, jak dziwne jest to uczucie.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, gdyby wyjawił mi, co się wydarzy – co bym odpowiedział?
Czytam własny pamiętnik z okresu gimnazjum. Najbardziej wstrząsające jest to, że zupełnie świadomie pisałem go do siebie. “Teraz, kiedy to czytasz, jesteś już pewnie dorosły, masz żonę albo dziewczynę i doskonale wiesz, co czuję. ALE JA TEGO NIE WIEM”. Toczę z tamtym Przemkiem dialog. Toczyłem go już wtedy. Linie życia są tu dość splątane.
Słucham historii o pradziadku, który być może był Rosjaninem i spalił papiery w wojennym zamęcie, by móc poślubić babcię-Polkę. Słucham o pradziadku, który był stolarzem i zginął, gdy wskutek nieuwagi przebił sobie tętnicę bardzo ostrym ołówkiem. Słucham też o dniu, w którym moja mama zdała sobie sprawę, że jest w ciąży, gdy zasłabła na Pasterce. Widzę linie, które doprowadziły do tego, że się pojawiłem.
Co jeszcze robię? Idę wstecz po własnych śladach. Wizyta u lekarza rodzinnego, spacer przez miasto czy droga krzyżowa w miejscowym kościele wydają się zarazem bliskie i całkowicie obce. Czuję się dziwnie.
A teraz leżę w swoim własnym łóżku, w swoim własnym pokoju i myślę, jak szybko przestałem tu pasować. Nie czuję ciągłości własnego życia i dlatego nie umiem już identyfikować się z żadnym z poprzednich Przemków. Ale odkrywając ślady człowieka, którym byłem przedtem, widzę, że musiałem być kimś naprawdę smutnym i samotnym.
Znacie zresztą tamtego mnie znacznie lepiej niż ja sam.