So long to this cold, cold part of the world

czerwiec 18, 2009 by przemekzet

Komórka leży przede mną. Mam ją zawsze przy sobie i zawsze można się ze mną skontaktować. W jej pamięci zapisałem godziny otwarcia ważnych miejsc: sekretariatu, biblioteki, czytelni. Co ważniejsze informacje umieszczam na liście spraw i mam wtedy pewność, że dyskretny alarm o odpowiedniej porze przypomni mi o obowiązkach.

W torbie spoczywa kalendarz. Jego kartki są gęsto zapisane listą zadań do wykonania na kolejne dni. Listy są do pewnego stopnia płynne: jeśli coś jest mało istotne, może ulec przesunięciu na późniejszy termin bez zamieszania w grafiku. Umieszczam tam wszystko: od terminów zaliczeń po przypomnienia o urodzinach znajomych. Na ostatniej stronie kalendarza widnieje sporządzany skrupulatnie bilans dochodów i wydatków. W torbie spoczywa również – zawsze, na wszelki wypadek – zaopatrzony w ochronną okładkę indeks.

Moje notatki z zajęć leżą wszystkie w jednym miejscu. Wiem, jak odnaleźć te potrzebne. Notatki są w zasadzie kompletne. Nie muszę biegać po ludziach ani niczego kserować.

To do mnie ludzie piszą, gdy nie są pewni, czy jutro na pewno jest kolokwium albo co trzeba było przeczytać na staropolkę. I choć nie lubię tych telefonów, często znam odpowiedź.

Potrzebuję poczucia kontroli. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu; akceptuję to. Ale chcę panować nad rzeczami, nad którymi panować mogę. Po roku nowego życia jestem silniejszy. Chcę wykorzystać tę szansę.
Były rzeczy, na które sobie pozwalałem, bo byłem zbyt słaby. Od miesięcy jestem od nich wolny. Chciałbym, aby tak zostało. To lato będzie sprawdzianem: lato w Mazewie, z którego uciekłem. Chcę przyjechać we wrześniu do miasta, które kiedyś było na końcu świata, a teraz jest moje, i powiedzieć: jestem wolny.
Dość już poczucia winy. Dosyć już było chwil, gdy nienawidziłem siebie – nienawidziłem tak głęboko, że aż stawało się to groźne – za to, że ulegałem rzeczom, których we własnym mniemaniu “chciałem”. Nie chcę chcieć.
Chcę być wolny.
I będę.

The lenghts that I will go to

maj 20, 2009 by przemekzet

Dzieje się, dzieje, głównie w mojej głowie. Raz lepiej, raz gorzej. Kiepsko znoszę przedsesyjny stres, ale nie o tym chciałem pisać. Dawno nie było ode mnie wieści, oto więc mały raport.
Staram się zdyscyplinować swój umysł. Panować nad emocjami. Jeżeli chcę, by następowały zmiany na lepsze, muszę przede wszystkim nauczyć się kontroli nad emocjami. Dlatego staram się nie obnosić z nimi, nie słać tysiąca SMS-ów – chcę nauczyć się milczeć. To może mi tylko pomóc: momenty, których w życiu najbardziej żałuję, wiążą się z brakiem należytej kontroli nad uczuciami. Wszystkie te załamania, niepotrzebnie wypowiedziane słowa, głupie myśli… Potrzebuję poczucia, że mam nad sobą kontrolę.
Jest pewien problem, który wynika z tych starań: znacznie gorzej niż kiedyś przeżywam porażki. Albo inaczej – dopiero teraz, gdy wiem, że nie muszę zawsze zawodzić, odczuwam boleśnie własne upadki. To niebezpieczny stan: ta granicząca momentami z obsesją myśl, że robię za mało, nawet jeśli robię więcej, niż ktokolwiek inny. Chęć kontroli rozciąga się na wszystkie aspekty życia – nie tylko na emocje, ale i sferę finansów (choć tu akurat to zdrowy odruch), obowiązków, przyjemności… Zastanawiam się czasem, dokąd to zmierza, bo wiem, do jak dziwnych stanów umysłu jestem zdolny. Niepokoi mnie to trochę. Mimo wszystko lepsze to niż pozwalanie sobie na zbyt dużo.
Za dwa tygodnie skończy się moja przygoda z nauką tańca. Częściowo ze względów finansowych, częściowo czasowych, a głównie dlatego, że kiedy sobie z tańcem nie radzę, jest to niezwykle frustrujące zajęcie. A nie oszukujmy się, taniec nie jest moim żywiołem. Nie czuję się w nim pewnie, nie mam łatwości chłonięcia tej wiedzy. W dziedzinie zajęć wymagających zręczności, lotności i panowania nad własnym ciałem zarazem mogę być w najlepszym razie przeciętny. Chyba nie warto. Tata chciał, żebym nauczył się tańczyć; nauczyłem się. Ale to nie dla mnie.
Piszę. Raz na trzy tygodnie, raz na miesiąc, czasem rzadziej, ale piszę. Nic wielkiego, nic wybitnego. Nie zależy mi na wydaniu, nie umiałbym być znany. Może kiedyś. Na razie wystarczy, że sprawia mi to wielką przyjemność. Podoba mi się to, co piszę, znajduję w pisaniu spokój. Chcę to robić dla siebie. Mogę pisać jeden tekst przez rok albo i dłużej, nie szkodzi. Akurat w tych kwestiach upływ czasu może tylko pomóc. Mam jeszcze zbyt mało doświadczenia, także życiowego, by móc napisać to, co chciałbym swoimi tekstami powiedzieć. W tej chwili znajduję się w fazie przejściowej i jestem tego świadom.
Jestem sam, ale rzadko czuję się samotny. Była pewna Marta z grupy, która najwyraźniej była mną zainteresowana, więc zaprosiłem ją na kawę. Poszliśmy. Cóż – no chemistry, no point. Nie będę się przecież zmuszał. Wiem, że moim rodzicom jest trochę przykro i że martwi ich to, iż nadal jestem sam. Rozumiem to, na ich miejscu też bym się martwił. Tylko co z tego? Nic przecież na to nie poradzę. Nie czuję się samotny. Już nie.
Wiecie, staram się jakoś zadomowić w tym nowym życiu. I tak naprawdę to jestem szczęśliwy. Coś się zmieniło: to chwile gorsze są odstępstwami od lepszych, nie odwrotnie. Mimo różnych spraw, które nadal mnie dręczą, mimo że czasem jest bardzo ciężko być właśnie sobą, jest mi dobrze.
Mam nadzieję, że tak zostanie.

Get it?

kwiecień 18, 2009 by przemekzet

Na początku myślałem, że mam możliwości, tylko z jakiegoś powodu nie umiem ich wykorzystać. Że wszystko, co muszę zrobić, to się skupić.
Nie potrafię się skupiać. Nie wtedy, kiedy to istotne. Rozmawiam i choć wydaje się, że słucham uważnie, moja uwaga się rozpływa. Czytam tekst i chcę – naprawdę chcę – odczytywać go jakoś głębiej, jakoś lepiej, ale nie umiem: widzę tylko najprostsze, najbardziej banalne rzeczy, które dostrzegłby i dwunastolatek. Nie jestem w stanie natychmiast, w toku rozmowy, zgrabnie sformułować swojej myśli ani wyłapać nawiązania do czegoś. (Dlatego wolę pisać). Kiedy mówię po angielsku, nie umiem jednocześnie pilnować gramatyki, sensu i poprawności wymowy.
Próbowałem to zmienić poprzez nakazanie sobie skupienia. Poprzez wymuszenie na sobie stałej czujności. Zacząłem zapisywać wszystkie obowiązki w notesie. Podczas rozmów starałem się maksymalnie skoncentrować na tym, co druga osoba mówi. Na zajęciach zmuszałem się do prób dostrzeżenia czegoś więcej niż moje banalne refleksje.
Nie pomogło.
Gubię rzeczy. Zapominam o obowiązkach. Mówię rzeczy głupie i nie na miejscu. Nie łapię w należytym czasie tego, co się do mnie mówi i nie rozumiem wielu rzeczy, które dla innych są oczywiste. Nauczyłem się już mówić “Nie”, kiedy ktoś pyta, czy znam ten lub tamten film bądź tekst, ale jeśli tych pytań jest za dużo, w końcu ogarnia mnie strach i zaczynam udawać, że wiem, o czym mowa, by nie wyjść na głupka.
Nie jestem najwyraźniej w stanie zmienić tego, jaki jestem. Myślałem, że jest potencjał, który muszę uruchomić, że to tylko jakaś blokada w mojej głowie, która nie pozwala mi się wystarczająco skupić. Ale tak nie jest. Nie ma blokady: po prostu nie ma tego potencjału. To, jaki jestem, to szczyt moich osiągów umysłowych. Nie będę już wyżej. To fizycznie niemożliwe.
Dlatego najlepszym wyjściem jest milczenie. Nieuczestniczenie. Gdy się nie mówi, nie można powiedzieć głupstwa.
Nie znaczy to, że nie będę się angażował. Będę, ale tylko wtedy, gdy ktoś będzie mnie potrzebował. Gdy będę mógł komuś coś dać, nie mając prawa żądać nic w zamian. Bo muszę to sobie nieustannie udowadniać. Muszę to bez końca potwierdzać. Muszę zapychać dowodami tę ziejącą, bezdenną dziurę.

Każda sytuacja jest testem. Każda. Wystarczy, że jestem ja i ktoś jeszcze. Rozmowa.
Test można zaliczyć lub oblać.
Jeśli obleję (a oblać znaczy czasem tyle, co nie wypaść zadowalająco, nie spełnić oczekiwań drugiej strony – ujawnić swą niewiedzę, brak umiejętności lub brak należytej bystrości), jestem na minus. To oczywiste. Porażka jest tylko potwierdzeniem, że poprzednie porażki nie były przypadkowe. Jeśli zawiodę, wiem, że zawiodłem i wina jest tylko i wyłącznie po mojej stronie. Strona druga nigdy nie jest winna. Nigdy. Choćby dlatego, że nie mam prawa mieć oczekiwań.
Jeśli zaś odniosę sukces, jeśli zaliczę test – wychodzę na zero. Udowadniam sobie, że czasem każdemu się udaje, nawet jeśli tylko przypadkiem.
Nie ma możliwości wyjścia na plus. Wszelkie zaliczenia zostają przekreślone jedną porażką, niezależnie od ilości sukcesów i skali porażki. Najmniejszy błąd powoduje automatyczną przegraną.
That’s how it works. I can’t make it more simple.

Jutro będę tej notki żałował, bo nie powinienem ich potrzebować.
Ale potrzebuję, więc będę je pisał. Skoro nie mogę stać się bystrzejszy, będę przynajmniej szczery.

Lifelines

kwiecień 12, 2009 by przemekzet

Z powrotem w Mazewie. Każdy z powrotów jest inny. To ciekawe, ale teraz wracam i do domu, i do Krakowa. W obu przypadkach czuję, że słowo “wracać” jest właściwe.
Obserwuję. Mamę, która potrzebuje, by chwalić przyrządzony przez nią obiad czy poczynione zakupy. Adę, która próbuje zbliżyć jakoś nas wszystkich dokładnie tak, jak ja to robiłem – namawiając bezskutecznie do wspólnego oglądania filmów na komputerze albo grania w gry planszowe. Ciocię, która miota się i męczy w zaklętym kręgu swojego życia. Widzę to inaczej niż wtedy, kiedy byłem częścią tego wszystkiego. Tak, na kilka dni znów się nią stałem, ale to tylko moment. Jestem oderwany. Wiem już co prawda, że nie ma żadnego rozgraniczenia na Przemka z Mazewa i Przemka z Krakowa, ale nie w tym rzecz.
Nie mam poczucia ciągłości. Nigdy go nie miałem. Życie rozpada mi się na okresy i obrazy, bardzo silnie odrębne. Dlatego przejawy ciągłości, jakie podczas tego powrotu obserwuję, tak mnie zaskakują.
Kilka starych fotografii. Na pierwszej moi rodzice, młodzi i uśmiechnięci w jakiś słoneczny dzień. Tata szczupły, wysportowany, w krótkich spodenkach, mama wesoła i z włosami tak długimi, jakich nigdy u niej nie widziałem. Zdjęcie z czasów, gdy mnie nie było jeszcze nawet w planach. Patrzyłem na nich, niewiele starszych niż ja teraz, nie mających pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jacy wtedy byli? Jakie mieli plany? Czy kiedy mój tata porzucał szkołę oficerską, by móc wziąć z mamą ślub kościelny, zastanawiał się, jak się wszystko potoczy?
Jest też drugie zdjęcie, od którego długo nie mogłem oderwać wzroku. Ja, w wieku może dziesięciu lat, siedzący w fotelu z gazetą i patrzący w obiektyw. Patrzący na mnie. To takie dziwne: te oczy, które się we mnie z powagą wpatrują, to moje własne oczy. Twarz jakby nie moja – nie do końca identyfikuję się zresztą nawet z moją obecną twarzą. Przemek z przeszłości patrzy na mnie, jakby o coś mnie pytał i oczekiwał odpowiedzi, a ja myślę – kiedyś byłem nim. Siedziałem tam, po tamtej stronie mojego życia, jeszcze pewny siebie, jeszcze przewodzący okolicznym dzieciakom, a gdzieś daleko dorastali ludzie, którzy dziś są dla mnie najważniejsi. Nasze linie życia dopiero miały się skrzyżować. Gdzieś daleko w przyszłości czekał moment przeczytania “Harry’ego Pottera”. Czekała Klaudia, moja pierwsza miłość. Czekał mój pierwszy zlot. Pamiętny zlot kwietniowy. Matura. Kraków. A ja siedziałem tam, całe wieki temu, ja i zarazem nie ja, bo zupełnie inny człowiek. Nie potrafię nawet wyrazić, jak dziwne jest to uczucie.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, gdyby wyjawił mi, co się wydarzy – co bym odpowiedział?
Czytam własny pamiętnik z okresu gimnazjum. Najbardziej wstrząsające jest to, że zupełnie świadomie pisałem go do siebie. “Teraz, kiedy to czytasz, jesteś już pewnie dorosły, masz żonę albo dziewczynę i doskonale wiesz, co czuję. ALE JA TEGO NIE WIEM”. Toczę z tamtym Przemkiem dialog. Toczyłem go już wtedy. Linie życia są tu dość splątane.
Słucham historii o pradziadku, który być może był Rosjaninem i spalił papiery w wojennym zamęcie, by móc poślubić babcię-Polkę. Słucham o pradziadku, który był stolarzem i zginął, gdy wskutek nieuwagi przebił sobie tętnicę bardzo ostrym ołówkiem. Słucham też o dniu, w którym moja mama zdała sobie sprawę, że jest w ciąży, gdy zasłabła na Pasterce. Widzę linie, które doprowadziły do tego, że się pojawiłem.
Co jeszcze robię? Idę wstecz po własnych śladach. Wizyta u lekarza rodzinnego, spacer przez miasto czy droga krzyżowa w miejscowym kościele wydają się zarazem bliskie i całkowicie obce. Czuję się dziwnie.
A teraz leżę w swoim własnym łóżku, w swoim własnym pokoju i myślę, jak szybko przestałem tu pasować. Nie czuję ciągłości własnego życia i dlatego nie umiem już identyfikować się z żadnym z poprzednich Przemków. Ale odkrywając ślady człowieka, którym byłem przedtem, widzę, że musiałem być kimś naprawdę smutnym i samotnym.
Znacie zresztą tamtego mnie znacznie lepiej niż ja sam.

Przedwiośnie

marzec 20, 2009 by przemekzet

Jest coraz lepiej. Rozumiem coraz więcej.
Wiem, że w pierwszej kolejności muszę zaakceptować wszystko, co mnie dotyczy. Wszystko.

Jest coraz lepiej. Ale raz na jakiś czas zdarzy się zły dzień i wtedy znów będę tracił wiarę w siebie. Znacie mnie takiego aż za dobrze. Znacie mnie też na tyle, żeby to zaakceptować i nie mieć mi za złe mojego zachowania w takich chwilach. Takie dni będą przychodzić. Chyba wszyscy zrozumieli to szybciej ode mnie.
Do tej pory odmawiałem sobie prawa do “zamęczania innych sobą”. Kiedy ktoś z was miał gorszy dzień czy chciał się na coś pożalić, uznawałem to za zupełnie naturalne, ale kiedy sam miałem na to ochotę, mówiłem sobie: “Nie wolno ci zmuszać ich do wysłuchiwania cię, ich to nie interesuje, zamknij się”. Później wyrzucałem sobie te chwile, gdy nie potrafiłem “się zamknąć”. Teraz staram się od tego odejść. To trudne – naprawdę trudne – ale próbuję.

Nie ma żadnego Przemka z Mazewa i Przemka z Krakowa. Nie ma żadnego rozgraniczenia. Jestem tylko ja.

Przekonywanie samego siebie, że własnej przeszłości ani teraźniejszości nie mam powodu się wstydzić, przypomina przełykanie twardej tabletki przez obolałe, zaciśnięte gardło. Boli, ale jest niezbędne. Em bardzo mi w tym pomaga. Jest coraz lepiej.

Równanie do góry bywa równie trudne do zwalczenia. Powtarzam sobie, że są pewne rzeczy, których nie osiągnę po prostu dlatego, że nie są dla mnie. Bardzo się staram rozgraniczać to stwierdzenie od braku wiary. Jest przecież faktem, że pewne rzeczy przerastają mnie intelektualnie i nie ma w tym nic złego. Profesorem nie zostanę, są ludzie bardziej do tego odpowiedni. Drugiej “Czarodziejskiej góry” nie napiszę, są lepsi twórcy. Osobą działającą aktywnie w organizacjach i kółkach nie będę, nie jestem takim człowiekiem. Ale zrobię to, co potrafię.

Za oknem słońce przeplata się od paru dni z drobnym śniegiem. I tak to właśnie wygląda, jak gra w ciepło-zimno, jak marcowy garniec z dziecięcej piosenki.
I jest coraz lepiej.

Spoilers

marzec 3, 2009 by przemekzet

Myślę o tekstach, które już napisałem i o tych, które planuję. Śledzę charaktery postaci, wątki, poruszane kwestie.
To, co teraz powiem, to nie zarzut, a jedynie refleksja.

Nie ma w tych tekstach nic poza mną.

“Dobra, rzuć za… jakieś ogólne ogarnięcie się.”

luty 26, 2009 by przemekzet

Pierwszy raz grałem w RPG. Z Katonem jako Mistrzem Gry oraz Em, Avadą i Hazel jako współgraczami.

It. Was. Epic.

Zajmie mi jeszcze kilka sesji wczucie się w prowadzoną postać, ale poza tym było wspaniale. Kłóciliśmy się o wszystko, Avada rozwalał ludzi z Winchestera, Hazel strzelała w sufit podczas próby cichej ucieczki z celi, Em bawiła się w mistrza kierownicy, ja się oburzałem, że w pełnym przemocy świecie zostajemy napadnięci na drodze…

Katonie, nie mam doświadczenia w tej materii, ale jesteś świetnym Mistrzem Gry. Indianin tańczący na środku stacji benzynowej to niezapomniany obraz. Zresztą, sam fakt, że nas nie pozabijałeś, żeby się nas pozbyć z mieszkania, jest godzien podziwu!
Bardzo ciekawe doświadczenie. Chętnie je kiedyś powtórzę.

Na zakończenie – każda rozmowa od momentu mniej więcej po piętnastu minutach gry:

Katon: Zatrzymuje/zagaduje was X.
Przemek: Ja z nimi porozmawiam!
Avada łapie się za głowę, Hazel patrzy w sufit, Em robi minę pt. “rrright”.

Tato

luty 14, 2009 by przemekzet

W Szczuczynie odbyły się dziś pierwsze od dziesięciu lat zawody zapaśnicze. Udały się znakomicie.
Dlaczego to istotne? Bo nie odbyłyby się, gdyby nie mój tata.

Szczuczyn to małe miasteczko w każdym tego słowa znaczeniu. Nic się tu nie dzieje, wszyscy wszystkich znają, a mentalność pod tytułem “nie zrobię tego, bo co ludzie powiedzą” jest na porządku dziennym. Lokalna drużyna piłkarska nigdy nie odnosi większych sukcesów, nie ma nowych inwestycji, nie ma perspektyw.
A teraz popatrzmy na zapasy. Od dobrej dekady mój tata jest trenerem miejscowej sekcji zapaśniczej. To on wyszkolił Katarzynę Zalewską (wielokrotną medalistkę, m.in. srebro na Mistrzostwach Europy Juniorek w 2002 r. – http://www.gwiazda-szczuczyn.pl/index.php?dzial=historia&idstr=5). Właściwie to on tchnął życie w ten klub. Wcześniej wszelkie rozmowy z miejscowym “prezesem” kończyły się tak samo: pieniądze szły na piłkarzy, a zapasów nikt nie traktował poważnie. Mój tata powiedział: dość. Z pomocą lokalnych sponsorów i działaczy założyli nowy klub, niezależny od szczuczyńskiego “bossa” i znaleźli odpowiednie fundusze. Zaczął się nowy etap.
Dzisiejsze zawody są tego najlepszym dowodem. Mój tata załatwił sponsorów, dokumentację, matę, poparcie burmistrza, salę, sprzęt – słowem, wszystko, bez czego porządny turniej zapaśniczy odbyć się nie może. Robił tysiąc rzeczy naraz, drukował ogłoszenia na naszej domowej drukarce, nosił własnoręcznie materace…
Ten sport bardzo wiele dla niego znaczy. I kiedy patrzę na te wszystkie szczuczyńskie dzieciaki, które – zamiast włóczyć się bez celu po tym beznadziejnym miejscu – z zapałem trenują, by móc wyjechać na zawody i obozy, rozpiera mnie duma. Duma z mojego taty.

Brawo, tato.

Chwilo, trwaj!

styczeń 31, 2009 by przemekzet

Jest mi słodko-gorzko i to uczucie jest potężne, nowe i wspaniałe.  Życie co chwila okazuje się zupełnie popieprzone tam, gdzie w żadnym wypadku być nie powinno i cudowne w sposób, w jaki jeszcze niedawno nigdy bym nie uwierzył. Mam ochotę śmiać się i płakać jednocześnie.
Nie rozumiem tego i nie chcę kiedykolwiek zrozumieć.

Nie, nie jestem zakochany. Tak po prostu. Chciałbym, żeby wszystko zostało tak, jak jest i zarazem wiem doskonale, że to niemożliwe.
I dlatego te wszystkie cudowne momenty, które pojawiają się zupełnie nieoczekiwanie, są tak wspaniałe.

Ps 6, 3-4

styczeń 8, 2009 by przemekzet

Dopadają mnie jakieś stare, głupie lęki z gatunku “nie jestem nikomu naprawdę potrzebny, ludzie tak naprawdę mnie nie lubią, spotykają się ze mną z grzeczności” itepe. Idiotyzmy, ale zbyt często nie potrafię się z nich wyzwolić. Kontynuując myśl z poprzedniej notki, że “there’s no wrong way of doing it”, staram się po prostu nie myśleć o tego typu sprawach, tylko po prostu żyć. Ale to trudne.
Jest trochę tak, jakbym bez chwili wytchnienia musiał udowadniać sam sobie, że mam wartość. W każdej rozmowie, przy każdym spotkaniu, w każdej czynności, której się podejmuję – nieustannie myślę o tym, co i jak mówię, robię i myślę. Bez przerwy toczę w głowie wojnę z samym sobą.
Nic nowego, rzecz jasna. Chciałbym kiedyś się od tego uwolnić.

Katon napisał kiedyś dla mnie tak (”Wiersz dla Przemka”, na Poezji):

Kamienie nie płaczą,
a słońce nie świeci.
Świeci się tylko słońcu.
Chodzi się tylko i chce się.

Już nie da zgubić się w lesie,
lecz chciałbym uwierzyć w końcu,
jak wierzą herosi i dzieci -
jedyni, którzy coś znaczą.

Jeśli to wszystko jest wszystkim -
wszechświat jest tylko więzieniem.
Lecz jeśli są inne nieba,
jest wiecznym i świętym zdumieniem.

Podkreślenie moje, bo niedawno przyszło mi do głowy, jak bardzo prawdziwe są te wersy. Ileż to razy wyobrażałem sobie siebie dokonującego jakiegoś bohaterskiego czynu… Wciąż mi się to zdarza, choć dziecinne to i głupie. Ale to właśnie ostatecznie nadałoby mi wartość. Ocalenie komuś życia – może to położyłoby kres moim wątpliwościom, czy jestem coś wart.

Ostatnio w kościele po mszy obcy ludzie dzielili się ze sobą opłatkami, mówiąc “Pokój z tobą”. I kiedy już parę razy przełamali się nimi i ze mną, uderzyło mnie nagle, jak dziwne i poruszające jest to, że życzą pokoju mnie. Właśnie mnie. Jak zupełnie inaczej mnie widzą.
Sam bym się pewnie ze sobą opłatkiem nie przełamał.

To trudne, to tak cholernie trudne. Przecież wiem, że wszystko powyższe to tylko stan chorobowy, nie zaś prawda, że wszystko jest ze mną w porządku. A jednak mimo tej wiedzy wciąż myślę błędnymi kategoriami. Stąd może uczucie rozdwojenia na Przemka, który to wszystko rozumie i Przemka codziennego. Dziwnie.

Nie chcę czuć zażenowania tylko dlatego, że potrzebuję tych notek. A potrzebuję ich.

Dobrze, że mam się tu, w Krakowie, czym zająć. Im więcej mam pochłaniających uwagę zajęć, tym lepiej – normalniej – się czuję.

Teraz idę przestawić przełącznik w głowie na tryb normalny i biorę się do pracy, bo referat z poetyki czeka. Do zobaczenia.