Archiwum z grudzień, 2007

Na ostatnią chwilę

grudzień 31, 2007

Chcę napisać parę słów, zanim ten rok się skończy.

Nie lubię już robić podsumowań – w końcu to tylko kolejny dzień, żadna ważna data w moim życiu. Czuję jednak, że tym razem powinienem.

To był dobry rok. Dojrzałem trochę podczas niego i zrozumiałem pewne rzeczy.
Nie ma sensu wymieniać rzeczy złych. Oto, co mnie spotkało dobrego:
- rozpocząłem odnajdywanie Boga
- zrozumiałem, czego chcę w życiu
- nauczyłem się, że prawdziwe szczęście daje mi bycie z dobrymi ludźmi, a nie filmy, piosenki czy pornografia
- byłem w Krakowie u Katona i Lilith. Spotkałem Avadę, Hazel i Słodką Trzynastkę. To były – jak dotąd – najszczęśliwsze dwa dni mojego życia.
- przeżyłem wspaniałą Wigilię
- pomogłem kilku osobom
- kilka osób mi pomogło
- stworzyłem kilka dobrych tekstów – dobrych, bo odpowiadają temu, co chciałem napisać i udowodniły mi, że potrafię
- spędzałem więcej czasu z moją siostrą, którą kocham bardziej niż kogokolwiek innego
- zacząłem czuć nieco większą pewność siebie
- zaprzyjaźniłem się z Avadą
- zadomowiłem się na dobre na forum i zyskałem jeśli nie sympatię, to przynajmniej akceptację
- poznałem głębiej R.E.M. i bardzo chcę poznawać dalej
- spotkałem się po długiej rozłące z pierwszą dziewczyną, w której byłem naprawdę zakochany i zozumiałem w końcu, że moje uczucie do niej to już dawno tylko wspomnienie. I że nie mam żalu do niej ani do siebie, że nie zrobiłem niczego, by się do niej zbliżyć
Było z pewnością jeszcze wiele dobrych rzeczy, ale tyle pamiętam w tej chwili.

Cieszę się, że mam Was. Cieszę się, że mam swój talent do pisania, który daje mi nadzieję na przyszłość. Cieszę się, że kończę ten rok szczęśliwy i spokojny.

Życzę Wam, żeby rok 2007 był najgorszym w Waszym życiu. Bo wówczas każdy kolejny będzie już tylko lepszy.

Miłego odpoczynku po Sylwestrze.

Powrót do normy

grudzień 28, 2007

Mój czas nie jest ciągły. Jest podzielony na wyraźnie oddzielone od siebie fragmenty.

Ostatnio nie czułem tego podziału w Wigilię. W każdy inny dzień już był.
Polega to na tym, że niemal każda wykonywana przeze mnie czynność to sposób na “przeczekanie” czasu. Oglądam film – jestem dwie godziny do przodu. Gram w coś z rodziną – godzinka minęła. Czytam coś w necie – o, już ciemno. Każdy dzień mija tak, jakby był oczekiwaniem na coś wielkiego i ważnego, podczas gdy w rzeczywistości nic takiego nie ma miejsca. Wszystko jest tymczasowe, bezcelowe, wykonywane bez przekonania i ze świadomością, że służy tylko zapełnieniu kolejnego dnia.
To obejmuje też inne sfery życia. Wiem, że cała ta nauka w szkole nie ma większego sensu, bo – przynajmniej w liceum – jej jedynym celem jest zdanie matury, która też nie znaczy nic poza dokumentem pozwalającym zacząć kolejne “wypełniające czas” zajęcie – studia. Studia są w mojej głowie wyraźnie oddzielone od przyszłej pracy lub jej braku – bo tak naprawdę wszystko zostało już wybrane albo przez moim narodzeniem (w genach, jak zdolności językowe), albo we wczesnym dzieciństwie (charakter, osobowość), albo na etapie końca gimnazjum (wybór profilu szkoły, czyli de facto wybór późniejszego kierunku studiów).

Tak, chodzi o poczucie celu. W takich wypadkach bardzo przeszkadza pewna świadomość różnych procesów. Nie mogę się oszukiwać, że matura jest niesamowicie ważna, bo wiem, że tak nie jest (co oczywiście nie przeszkadza mi się nią zamartwiać). Nie mogę też sobie wmówić, że takim celem jest oczekiwanie na cokolwiek, bo po takim oczekiwaniu zawsze przychodzi dalsze życie (chyba, że się czeka na śmierć). Szkoda. Czasem zazdroszczę fanatykom.

Tu wchodzi też inna sprawa: podstawowy błąd w konstrukcji człowieka, jakim jest oczekiwanie prostych zależności przyczynowo-skutkowych. Dlaczego tak trudno rzucić palenie/schudnąć/być dobrym uczniem? Bo to wymaga żmudnej, systematycznej pracy metodą małych kroczków. A metoda małych kroczków jest najgorszą metodą do wprowadzenia w życie, bo człowiek zwyczajnie często nie wierzy w jej efekty. Jesteśmy w gruncie rzeczy prostymi stworzeniami i oczekujemy prostych konsekwencji naszych działań. Chcę schudnąć – biorę “magiczne” pigułki. Chcę dobrze napisać sprawdzian – uczę się całą noc przed nim. Chcę rzucić palenie – wybieram sobie jakąś datę, mówię: “Odtąd nie palę” i wytrzymuję dzień, po czym wybieram kolejną datę.
Świat nie działa na zasadzie prostych zależności, a my nie umiemy się do tego przystosować. To jest nasza wada, usterka w naszej konstrukcji. Budujemy sobie na tej usterce schematy myślenia i działania. Nowy rok przyniesie zmiany (choć to tylko data), zdana matura to otwarcie nowych możliwości (a to tylko zaświadczenie, że się poprawnie rozwiązało kilkadziesiąt zadań), a zapewnienie dzieciom dachu nad głową, wyżywienia i przyzwoitego poziomu życia wystarczy, by były szczęśliwe (choć przecież dziecku trzeba dać tak wiele, a najszczęśliwsze są często te, które w życiu nie widziały komputera czy discmana).

Nie wiem, po co to w sumie czytacie, nastroju wam to raczej nie poprawia.

Miłego dnia.

Świąteczne różności

grudzień 21, 2007

Nie mogłem sobie dziś wieczór znaleźć miejsca. Chodziłem po domu, szukając pomieszczenia, w którym czułbym się dobrze, i nie mogłem takiego znaleźć. W jednym denerwowały mnie niemożliwe do wyciszenia grające lampki, w innym hałasująca świnka morska, w jeszcze innym moja siostra gadająca zawzięcie przez Skype’a… Przykre uczucie.
Czułem się strasznie niedopasowany, jak kanciasty klocek w okrągłym pokoju. Byłem zły i poirytowany, wszystko mnie drażniło i nie chciałem choćby okazać Adzie czułości, co było bardzo złe. Tak bardzo nienawidzę siebie-egoisty.
Nie wiem, z czego wynikał mój nastrój. Być może z tego, że obejrzałem “Mulholland Drive”, ponoć genialny film, i nie zrozumiałem zupełnie nic. Być może z tego, że złamałem dane samemu sobie przyrzeczenie. Być może z tego, że jak każdy człowiek potrzebowałem wtedy zwyczajnego międzyludzkiego kontaktu. Chwilami strasznie mi brakuje znajomych. Internet nie potrafi zastąpić żywych ludzi, niestety nie.

Oglądałem dziś albumy ze zdjęciami Warszawy i Jasnej Góry. Bardzo dziwnie było patrzeć na uwiecznione na fotografiach miejsca, w których byłem i po których chodziłem. Kiedy je oglądałem, po raz pierwszy od dawna poczułem się żałośnie ograniczony w swojej pętli dom-szkoła, Mazewo-Grajewo. Pojawiła się jakaś nieuchwytna tęsknota za oglądaniem miejsc. Przypomniałem sobie widok kościoła mariackiego w Krakowie i uderzyło mnie to, jak nierealny wydaje mi się fakt, że ja tam byłem.

Nie wiem, o czym to świadczy, ale na święta chcę tylko nowe słuchawki do Skype’a. Marzy mi się też co prawda nowa karta graficzna, ale na to nie ma szans. Poza tymi rzeczami zupełnie niczego nie chcę.
W ogóle nie czuję tych świąt.

Nie jesteśmy zbyt zamożni. Nigdy nie byłem dalej niż w Krakowie, siedzę na rozpadającym się krześle, ubieram się niemal wyłącznie w lumpeksach. Sto złotych jest dla mnie bardzo dużą sumą.
Być może wynika to z dorastania właśnie w takich warunkach, ale bardzo nie lubię wydawać pieniędzy, jeśli nie muszę. Nie wiem, czy potraficie to zrozumieć czy choćby sobie wyobrazić, ale po każdym niepotrzebnym zakupie – cheeseburger, gdy wychodzę ze szkoły głodny; czasopismo kupione na dłuższą podróż; czekoladowy serek – mam ogromne wyrzuty sumienia, które dręczą mnie od chwili zakupu do końca dnia, a czasem i dłużej. Nie pozwalam rodzicom kupować sobie drogich ubrań, sprzeciwiam się kupieniu nowego plecaka na miejsce połatanego starego, jest mi źle, kiedy tata daje mi kilka złotych “za nic”. To się przekłada też na kupione produkty: zawsze pytam, czy mogę coś zjeść. Zawsze.
Staram się rezygnować ze wszystkiego, czego nie muszę mieć. Każda egoistyczna chęć posiadania czegoś, a już nie daj Boże zrealizowana, sprawia, że czuję się bardzo źle. Chciałbym nie mieć tych wyrzutów sumienia.

Moja dwudziestokilkuletnia ciocia, siostra mamy, którą moja mama wychowywała, powiedziała mi, że ona przez długi czas czuła to samo. Przeszło jej dopiero, gdy zaczęła sama zarabiać. Mogę tylko mieć nadzieję, że i mi to pomoże.

I jestem złym bratem.

Dobranoc.

Dzisiaj

grudzień 16, 2007

Tak jak przewidziałem, już w te marzenia nie wierzę. Nie chce mi się nic i zmarnowałem dzień.

Edit: pod wieczór już mi lepiej. Lubię moją świnkę morską. Dobranoc.

Coś pozytywnego

grudzień 12, 2007

Koniec wieńczy dzieło. Mój nastrój zależy przeważnie od tego, jak się skończył czas w szkole: jeśli zdarzyło się coś przykrego, wracam do domu zły. Jeśli coś dobrego – przez resztę dnia będę szczęśliwy.
I tak właśnie czuję się dzisiaj. Szczęśliwy.
Nie wydarzyło się nic specjalnego. Ot, ćwiczyliśmy poloneza (świetny taniec, choć strasznie się stresuję), wróciłem pieszo do domu (5km), obiad był dobry. Napisałem dwa świetne w moim odczuciu wiersze (i odczucia tego nie zmienią żadne komentarze). Pomogłem siostrze w matematyce.
Jest po prostu dobrze.

Pamiętajcie, te wszystkie ponure notki na moim blogu to nie jest całe moje życie. Kiedy jest mi dobrze, najczęściej na bloga po prostu nie zaglądam. Notki piszę tylko, gdy coś mnie dręczy. Naprawdę nie jestem aż tak ponury, jak wynikałoby z bloga :)

Pozdrawiam i dobrej nocy.

Jazda

grudzień 10, 2007

Nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Często chciałbym powiedzieć wszystkim wokoło: czy nie możemy po prostu milczeć? Naprawdę nie musimy na siłę wymieniać nic nie znaczących uwag.
Najsilniej czuję to chyba, jeżdżąc okazją. Po co ci wszyscy ludzie pytają, gdzie się uczę i co chcę studiować? Po co im ta informacja? Przecież za kilka minut wysiądę i nigdy się już nie spotkamy. Po co więc w ogóle zaczynać rozmowę? Nie rozumiem tego.

A ochota na rozmowę przechodzi mi szczególnie wtedy, gdy orientuję się, że naprawdę nie mamy wspólnych tematów.
Sytuacja dzisiejsza, rozmowa w grupce o prawie jazdy. Wyrażam zdanie, że jeśli miałbym dać egzaminatorowi w łapę za prawko, to wolałbym tego prawa jazdy nie mieć. Koledzy i koleżanki się zatroskali i jęli tłumaczyć nie znającemu życia koledze, że zdanie egzaminu zależy tylko od egzaminatora i możesz umieć jeździć, a nie zdać.
Gdy odpowiedziałem, że trzeba mieć trochę honoru, komentarzem (od Zygmunta) było ironiczno-kpiące “Tak?”.
Tak, kurwa.

Angst.

grudzień 6, 2007

Dziś bez formy i bez treści: jestem zły. Zły na siebie za to, że nawet pisząc próbną maturę z angola tkwiłem w jakimś własnym świecie i wyobrażałem sobie, że pisząc opowiadanie mam zadbać o ciekawą fabułę. I za to, że nie umiem na jutro na gegrę. I za to, że zrobiłem coś głupiego, o czym nie mam ochoty pisać, zamiast przeznaczyć wieczór na coś pożytecznego.

Wkurwił mnie też kolega, który próbował mi wcisnąć kartkę z informacjami,
które przygotował na polski, mówiąc: ”Przeczytaj to za mnie na lekcji, bo mi zero wstawi”.

Nie ćwiczyłem od ponad tygodnia i nie mogę się zmusić.

Dobranoc.

Sztuczna inteligencja

grudzień 4, 2007

Mój typowy dzień przebiega w atmosferze senności. Rankiem drzemię w drodze samochodem do szkoły. W szkole – co może nie jest niczym dziwnym – często ziewam na lekcji i ogólnie nie mam energii. Po szkole chodzę po domu powoli, ociężale, bez energii. To pewnie kwestia jesieni. Wszystko robię od niechcenia i bez entuzjazmu, nawet to, co lubię.

Jestem przeciętnie inteligentny, bardzo przeciętnie. Oglądając film typu “Mechaniczna pomarańcza” albo czytając książkę taką jak “Proces”, nie próbuję nawet zgłębić znaczenia metaforycznego, chłonę tylko dosłowne (często nawet istnienia tego metaforycznego nie dostrzegam). Oddaję się wymagającym niewielkiego wysiłku umysłowego rozrywkom: czytam teksty na bashu, oglądam zabawne obrazki, słucham muzyki, oglądam różne ciekawe czy śmieszne strony w internecie. Nie czułem już dawno chęci, by coś przeczytać. Czytam tylko lektury.
Im mądrzejszy tekst, tym bardziej jest dla mnie nudny. Filozofia jest niemożebnie nudna. Kiedy widzę wywód filozoficzny, zastanawiam się, po co oni się nad tym zastanawiali?
W dół nie za bardzo mogę zejść. Nie bawią mnie disco polo i M jak miłość (bez urazy dla oglądających, to tylko symbol). Jak się upiję, to chce mi się spać, a kontroli i tak nie tracę. W ogóle nie bawią mnie dyskoteki, bo, jak kiedyś pisał Katon, bez alkoholu nie umiem już tańczyć.
W górę nigdy nie pójdę. Nie wiem nawet, czy to niemożliwe; po prostu nie pójdę. Kiedyś myślałem, że jestem wysoko, ale to wynikało wyłącznie z niskiego poziomu otoczenia. Na forum dostałem, metaforycznie mówiąc, w twarz. Owczarnia, która zna mnóstwo filmów i aktorów, a do tego lubi kino artystyczne. Jestie, który jak się weźmie za filozoficzno-psychologiczno-naukową dyskusję, to mogę tylko z podziwem pokręcić głową. Katon, który jest tak piekielnie inteligentny i oczytany, a do tego gra na gitarze, śpiewa, pije wódkę i jest jednym z najfajniejszych ludzi, jakich dane mi było poznać. Eva, która studiuje walijski. Kira, której komentarze na temat dzieł takich jak “Szewcy” każą mi zamilknąć. I wielu innych, z którymi nawet nie mogę się równać. Świadomość tego, że nigdy nie zdołam nawet zbliżyć się do ich poziomu, była jednym z najboleśniejszych rozczarowań w moim życiu i w dużej mierze ukształtowała moje obecne podejście do różnych spraw. Nie porawia nastroju świadomość, że jesteś średni aż do granic przeciętności.

Jestem też easily amused (nie potrafię znaleźć dobrego polskiego odpowiednika). Film animowany “Happy Feet” wzrusza mnie do łez. Wers piosenki R.E.M.-u w rodzaju “I save your messages just to hear your voice” też. Granie w grę polegającą na układaniu kulek w rzędy po pięć potrafi mi zająć pół soboty. Godzinami mogę dyskutować o Zagubionych. Zadowala mnie Coelho.

O moim stosunku do spraw intelektualnych niech świadczy fakt, że najwyższą wartością w książce/filmie jest dla mnie dynamiczny, zaskakujący rozwój fabuły. W “Przedwiośniu” głęboko obojętna była mi tematyka i postacie, śledziłem tylko bieg fabuły, krzywiąc się na głupie zakończenie. Nie obchodzi mnie, że “Mechaniczna pomarańcza” w sposób głęboki przedstawia skomplikowany problem sprawiedliwości, agresji i parę innych – wlokąca fabuła znudziła mnie tak, że był to pierwszy film, jaki oglądałem, przeskakując co chwila o dwadzieścia sekund do przodu. Dlatego Lost jest rozrywką dla mnie idealną: niegłębokie postacie, zaskakująca, choć prosta fabuła, wyciskacze łez. Uwielbiam to.

Wiem, że Waszą reakcją jest “zmień to, rozwiń się”. Odpowiedź po lekturze moich poprzednich notek powinna być jasna.

Miron Białoszewski, “Wywód jestem’u”. Odczytywać dosłownie.

jestem sobie
jestem głupi
co mam robić
a co mam robić
jak nie wiedzieć
a co ja wiem
co ja jestem
wiem że jestem
taki jak jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy dla siebie jest najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest

Dobranoc.

Wiedza o społeczeństwie

grudzień 1, 2007

Ostatnio natknąłem się bodajże w Przekroju na artykuł dowodzący, że w Polsce nie ma społeczeństwa obywatelskiego. Nie zamierzam zagłębiać się w polityczno-socjologiczne niuanse, bo mnie niezbyt obchodzą, ale zastanowiło mnie samo użyte w artykule stwierdzenie. Doszedłem do wniosku, że w Polsce w ogóle trudno mówić o czymś takim jak społeczeństwo.
Najbardziej jaskrawym przykładem niech będzie moje pokolenie, bo tę grupę znam najlepiej. Nie ma czegoś takiego, jak płaszczyzna porozumienia właściwa wszystkim. Co mam na myśli? To na przykład, że nie czujemy się częścią pokolenia czy uczniem danej szkoły. Ba, mało kto czuje się częścią choćby klasy. Niby mówi się o solidarności klasowej, ale to mit: klasa jest tak naprawdę – dziś bardziej niż kiedyklwiek – zbiorem jednostek. Wystarczy popatrzeć na zewnętrzne tego oznaki: coraz więcej osób ma odtwarzacze mp3 i słucha ich na przerwach, na osiemnastki nie zaprasza się już całej klasy, próby zorganizowania klasowego wypadu na basen czy do kina kończą się zwykle fiaskiem. Kiedy jedna z koleżanek w mojej klasie miała wypadek samochodowy i trafiła do szpitala, nikt poza jej przyjaciółką nawet nie pomyślał, by ją odwiedzić. Nie chodzi o znieczulicę: po porostu nikt nie czuł się zobowiązany interesować się losem osoby, z którą tylko chodzi do klasy.
Dalej: nie ma jakiejś wspólnej płaszczyzny kulturalnej, do której wszyscy moglibyśmy się odwoływać. Patriotyzm i wartości narodowe nie są dziś wartościami, więc to odpada. Religia – tak samo; to, że 90% Polaków deklaruje się jako katolicy, o niczym nie świadczy, bo to zazwyczaj religijność na pokaz. Nie ma czegoś takiego, jak autorytety dla wszystkich – Jan Paweł II? “Pokolenie Jana Pawła II” nie istnieje, to medialny slogan. Nie zjednoczyła nas śmierć papieża, przeszliśmy nad nią do porządku dziennego po krótszej czy dłuższej żałobie. Nie jest wartością wykształcenie, nie dla wszystkich w każdym razie.
Zrozumcie: nie próbuję narzekać na oczywisty fakt, że nie wszyscy są tacy sami. Próbuję – być może z nędznymi efektami – pokazać, że jesteśmy zbiorowiskiem Polaków, a nie społeczeństwem.
O tym fakcie świadczy też sam nasz stosunek do samych siebie. Ja bez ogródek mówię, że nie lubię Polaków jako takich i nie widzę sprzeczności w tym, że sam jestem Polakiem. Polacy, zwłaszcza młodzi, cierpią przede wszystkim na chorobę woli: nam się niewiele i rzadko chce. Na pewno ma na to wpływ fakt, że żyjemy w takich a nie innych ponurych okolicznościach klimatycznych. Na pewno ma znaczenie też fakt, że ogromna część Polaków pracuje w zawodach, które w najlepszym razie są im obojętne. Moja koleżanka ślicznie rysuje, ale nie poszła do liceum plastycznego, bo “co po nim można robić”. Pół klasy planuje wyjazd za granicę zaraz po maturze na wakacyjny zarobek. Pracę postrzega się zasadniczo jako przykry obowiązek i naprawdę niewielu z nas, młodych, łudzi się, że będzie robić to, co lubi. Ja sam postawiłem krzyżyk na swoim talencie do pisania i stwierdziłem, że z tego nie wyżyję. Zostanę – a raczej spróbuję zostać – tłumaczem. Kolejnym tłumaczem, którego rynek nie potrzebuje.
Małe też i płaskie mamy marzenia. Zwróciłem uwagę, że składanie życzeń na osiemnastce jest u nas typowo polskie: prawie nigdy nie słychać “spełnienia marzeń”, tylko “zdania matury, dobrej pracy, przyjaciół”. Smutne to trochę.
Nie mam w tej chwili czasu rozwijać tematu (i tak pewnie nie umiałbym już go rozwinąć), więc tylko krótko podsumuję: na podstwie tego, co widzę wokół siebie, stwierdzam, że nie stanowimy społeczeństwa czy nawet jakichś pomniejszych społeczności, tylko zbiorowisko jednostek, które wchodzą w kontakty ze sobą tylko o tyle, o ile jest to niezbędne.

Kurczę, rozprawka wchodzi w krew. Trudno.
Jak zawsze tekst po napisaniu wygląda inaczej, niż wyglądał w mojej głowie: mniej szczerze i mniej przekonująco.