Byłem w Krakowie i było świetnie. Najka jest słodka, Eva jest bardzo sympatyczna, Hazel jest milusia, Lilith bardzo gościnna (i cierpliwa), a Avada zajebisty. I tyle.
Naładowałem tam sobie wewnętrzne baterie. To było dla mnie niesamowicie odświeżające i ekscytujące – być wśród ludzi, którzy mnie po prostu lubią i w towarzystwie których autentycznie chcę przebywać. Aż mi się przykro zrobiło, gdy wróciłem.
Dzięki temu wyjazdowi tak się naładowałem pozytywną energią, że dzisiejszy dzień był najlepszym dniem od wielu, wielu lat. Czułem pewność siebie – autentyczną pewność siebie i wiarę, że mogę dokonać wszystkiego. Nie koloryzuję, naprawdę się tak czułem. Wszystko mi wychodziło: granie w siatkę (Jezu, jak ja zajebiście grałem!), relacje z kolegami i koleżankami (robiłem, co chciałem, nie oglądając się na nich), siedzenie na lekcjach, powrót do domu, po prostu wszystko. Byłem tak szczęśliwy, że uśmiechałem się szeroko, idąc chodnikiem. Nie pamiętam, żebym robił to kiedykolwiek od dzieciństwa. Chciało mi się śpiewać i śpiewałem, idąc pieszo do domu przez pustkowie. “Jałtę” Kaczmarskiego.
W domu trochę wszystko popsułem, fundując sobie porno i męcząc się nad wypracowaniem, ale to nic.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak dobrze i tak pewnie. Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak niewiarygodnie zajebiście było poczuć wiarę w siebie, i to taką.
Ten wyjazd wart był każdej złotówki, każdego zakłopotania przy przerastających mnie dyskusjach i każdej minuty stania w korku.
Dziękuję, Ewo i Mateuszu. Dziś byłem innym człowiekiem.