Archiwum z kwiecień, 2008

Własne refleksje

kwiecień 30, 2008

Pisałem ostatnio koledze plan prezentacji. Bynajmniej nie za darmo. Kolega, żeby ułatwić mi pracę, dał mi nawet plan, który kupił od jakiejś kobiety z wykształceniem polonistycznym i który przez naszą polonistkę uznany został za zły. Cóż, faktycznie nie był najlepszy. Nie w tym jednak rzecz.
Rozbawiło mnie stwierdzenie, którego owa polonistka użyła we wnioskach. Ostatni z myślników w tej kategorii brzmiał “Własne refleksje”.
Kobieta, która pisze plan za pieniądze dla kogoś, kto nie jest w stanie napisać go własnoręcznie, sugeruje mu wykrzesanie z siebie jakichś “własnych refleksji”? Śmiech na sali. Czyżby lenistwo przemogło żądzę zysku? To tak, jakby przygotowujący projekt architekt zostawił na szkicach puste miejsca i napisał “Tu dorysuj coś wedle własnego uznania”.
Chociaż, z drugiej strony, może problem leży gdzie indziej. Może nie chodziło wcale o lenistwo piszącej, ale o jakiś nieuzasadniony optymizm w jej postrzeganiu świata? Założyła oto bowiem, że przygotowujący się do prezentacji uczeń ma jakieś własne refleksje na temat opracowywanego przezeń tematu. Być może takie przekonanie wynika z jej przeszłości (może i ona, i wszystkie jej znajome takie refleksje miały?), może z wiary w młode pokolenie – tak czy inaczej, pani polonistka wykazała się optymizmem o tyle nieuzasadnionym, że przecież powinna mieć świadomość, iż ostatnią rzeczą, na którą chce i umie się zdobyć ktoś potrzebujący wykonania pracy za niego, są własne refleksje.
Właściwie… po co w pracy własne refleksje? Nie tego się oczekuje na maturze. Kiedy ktoś (tak jak ja) opanuje już sztukę pisania bezosobowego – sucho, bez prób stosowania humoru, ograniczając się do analizy i interpretacji tekstu – niestraszne mu licealne ani maturalne wypracowania. Oczywiście, w założeniu uczeń, który zdał maturę, to inteligentny i mający swoje zdanie młody człowiek, ale praktyka uczy, że nie zawsze tak jest. Dlatego też bezpieczniej jest spojrzeć na temat wypracowania czy prezentacji chłodnym, analitycznym okiem i nie łudzić się, że nasze płynące z głebi serca refleksje kogoś poruszą albo wpłyną na ocenę pracy.
Napisałem więc koledze ów konspekt, dodając w nawiasach przy każdym myślniku obszerne wytłumaczenia, co miałem na myśli, pisząc dany podpunkt, i jak to omawiać. Właściwie to wyjaśnienia w rezultacie okazały się dłuższe niż sam plan prezentacji.
Przynajmniej jestem realistą.

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy?

kwiecień 27, 2008

Cóż, liceum się skończyło. Mam mieszane uczucia.
Przede wszystkim mam uczucie, jakby to nie było naprawdę; jakby te trzy lata były jakąś wersją demo i jakbym dopiero teraz miał naprawdę zacząć szkołę średnią. Jakoś bez sensu upłynęły te trzy lata.
Czuję głupi żal, że to wszystko już się zakończyło. Żal mi, że już nigdy nie wysłucham życiowych porad polonistki ani nie wysłucham od kolegi na przerwie opowieści o jego rocznym synku. Nawet żal mi codziennego otwierania i zamykania szatni. Głupio, ale żal.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że były to wyjątkowo puste i nieistotne trzy szkolne lata. Zyskałem dokładnie zero świetnych przyjaciół i zero dziewczyn (nawet za bardzo nie ma co wspominać o Ewelinie, która udała, że chętnie poszłaby ze mną na pizzę). Nie chodzi rzecz jasna o jakieś “zdobywanie”, rozumiecie chyba. Po prostu już w gimnazjum czuło się głębsze więzi z niektórymi ludźmi.
Nie było zmiany w trybie życia. Tak samo jak zawsze niemal wszystkie popołudnia i weekendy spędziłem w domu. Ot, pierwszy raz napiłem się wódki i zorientowałem się, że imprezy u kolegów zupełnie mnie nie bawią. Szkoda.
Właściwie, kiedy się tak dobrze zastanowić, to prawie nic nie wyniosłem z tego liceum. Nawet wiedzy o stosunkach międzyludzkich, którą mógłbym wykorzystać w moich tekstach. Wiecie, jak ciężko jest próbować opisać szczęśliwy związek, kiedy się takich nie zna? Chyba jeszcze nigdy mi się nie udało.
W każdym razie z jednej strony żałuję, że to już koniec, a z drugiej jestem niezadowolony, że te trzy lata w szkole się właściwie zmarnowały. Nie tak większość tych, których pytałem, wspomina ogólniak.

Znowu smętnie, ale to przedmaturalny stres nałożył się na parę innych spraw, o których nie ma co pisać. Sorry.

Zaleca się czytanie poezji

kwiecień 26, 2008

Przeczytałem wiersz Wisławy Szymborskiej “Dom wielkiego człowieka” i nurtuje mnie pewna sprawa.
Wiersz pokazuje różnicę między wielkim człowiekiem kiedyś i dziś. Ten dawny całe życie spędził w swym pięknym, pełnym rodzinnego ciepła domu otoczonym ogrodami, ubrania miał szyte na miarę, otaczały go gustowne i mające duszę przedmioty, umierał w domu, w obecności kogoś bliskiego. Wielki człowiek dzisiejszy mieszka w bezosobowym mieszkaniu w bloku, wokół siebie ma przedmioty masowej produkcji, nie zna swych sąsiadów, umiera w sterylnym otoczeniu szpitala.
Smutne jest to porównanie, ale nie w tym rzecz. Dręczy mnie pytanie: czemu dokonała się taka przemiana? Czyja to wina?
Co współczesny “wielki człowiek” jest winny, że żyje w blokowisku i nie ma wokół siebie pięknych przedmiotów? Przecież nie każdego na to stać. Niegdysiejsi wielcy ludzie mieli często szlacheckie korzenie, nic więc dziwnego, że żyli w pięknych domach z tradycjami. Dzisiaj niemal wszyscy jesteśmy tak samo odcięci od takiej przeszłości. Czy poetce chodzi o to, że dawniej wielkimi zostawali głównie ludzie z korzeniami, majątkami, odpowiednim wykształceniem, a dziś każdy – teoretycznie – może stać się wielki i stworzyć coś, dzięki czemu zostanie zapamiętany? Ale jeśli tak, to wyrzut autorki nie ma sensu – człowiek wpółczesny i dawny nie mają równego startu.
Umieranie w szpitalu lub przy bliskich – tu już sprawa jest nieco inna. Faktycznie zmieniło się – i to na gorsze – podejście do śmierci i do bliskości między ludźmi. Ale znów – z czego to wynika? Kiedyś wielki człowiek żył sobie w rodzinie z tradycjami, więc normalnym było, że umierał otoczony bliskimi. Współczesny, “odcięty” człowiek nie ma na czym budować bliskości, nie ma nawet wzorców. Czy można go więc winić za to, że nie jest taki jak człowiek dawny?
Pojawiła się też po przeczytaniu wiersza osobista refleksja. Chciałbym być człowiekiem “wielkim” – mającym tożsamość, znającym historię i kulturę, otoczonym pięknem, wyznającym wartości itp. Ale jednocześnie wiem, że z powodu braku korzeni jest już między mną a ludźmi wielkimi dystans, którego nie mam szans nadrobić. Mogę czytać dzieła polskich pisarzy, tomiki poezji, oglądać głębokie filmy i starać się tworzyć wokół siebie coś wartościowego, ale nigdy nie nadrobię fundamentu z “Pana Tadeusza” czytanego dziecku przez ojca, słuchania koncertów fortepianowych wujka i domu z rodzinną biblioteczką i ścianami pełnymi dzieł sztuki. I to mnie boli, bo nie wynika to w sumie z niczyjej winy.
To jest podział, który będzie się pogłębiał; granica, której nie można przekroczyć. Nie da się nadrobić braku korzeni.

PS. Obowiązkowa lektura na wakacje – tomik wierszy Herberta. Żeby Przesłanie Pana Cogito, które chciałbym w życiu realizować, nie było jednym z ledwie kilku jego wierszy, jakie znam.

Znowu to samo

kwiecień 21, 2008

Kurwa, nie wyrabiam. Byłem z Adą na spacerze po lesie i Ada wspięła się bez mojej asekuracji na przewrócone drzewo wysokości jakichś czterech metrów. Była z tego bardzo dumna i ja z niej oczywiście też. Wróciliśmy do domu, opowiedziałem o tym mamie. Reakcja mamy – “No, jak by spadła to by dopiero było!” tonem pełnym nagany.
Ada ćwiczy nowy taniec (jej pasja) na jakiś występ, reakcja mamy – “Odrób najpierw lekcje, a nie tylko głupoty ci w głowie”.
Razem z Adą posprzątałem dzisiaj w domu; ona myła podłogi, pomagała przy zmywaniu itp. Mama oczywiście tylko wróciła z pracy i już jęczy, że bałagan i żeby Ada się wzięła za sprzątanie.
Ja naprawdę rozumiem, że mama nie miała normalnego dzieciństwa i pod tym względem może być trochę niedoświadczona, ale kurwa, ja też całkiem normalnego nie miałem, a wiem, kiedy należy pochwalić.

I weź tu w tym domu zdobądź pewność siebie i wzorce wychowania dzieci. To jak z samicą jakiegoś zwierzęcia, która pierwszy raz rodzi np. w zoo. Nie ma skąd wziąć wzorców macierzyństwa, więc często porzuca dziecko albo robi mu krzywdę. Kto wie, może za kilka pokoleń ten zaklęty krąg złych rodziców w końcu się przełamie. Mama miała złych, sama jest kiepskim rodzicem, ja i Ada może będziemy przeciętnymi, więc może chociaż nasze prawnuki doczekają się rodziców dobrych?

A taki był ładny dzień.

Edit: ulżyło mi, jak to napisałem. W domu już ład i harmonia.
Aczkolwiek wnioski płynące z drugiego akapitu podtrzymuję.

Inny punkt widzenia

kwiecień 15, 2008

Dzisiaj będzie trochę wspomnieniowo i refleksyjnie.

Forum zmieniło moje życie na lepsze. Nie chcę się teraz nad tym rozwodzić (choć mógłbym godzinami), więc napiszę o najważniejszym, co mi to forum dało – pokazało mi życie inne niż to, które widziałem dookoła.
Trudno to zrozumieć komuś, kto się wychował w innych warunkach, ale to przecież zrozumiałe. Spróbujmy więc zarysować wizerunek mojej okolicy.
Większość ludzi jest tu płytka. Moralność jest z reguły typowo małomiasteczkowa, co w połączeniu z nieskomplikowaniem zachowań ludzkich czyni to miejsce fascynującym do obserwowania ludzkiej natury, ale nieszczególnie dobrym do życia. Inteligencja, o ile jest, to odizolowane jednostki, które nawet nie bardzo wiedzą, jak utrzymywać ze sobą kontakt. Wszystko ciąży w dół, wszystko się rozmywa, zanurza w codziennym, płytkim bajorku. Tyle portretu okolicy.
Długo, bardzo długo nie rozumiałem, że nie jestem gorszy od wszystkich innych. O ile w wieku 10-11 lat mogłem mieć jakieś poczucie wyższości (“A ja czytam książki, a wy nie!”), o tyle kiedy zaczął się wiek dojrzewania i na pierwszy plan wysunęły się relacje międzyludzkie oraz indywidualność, mogłem popaść tylko w kompleksy. Nie rozumiałem, czemu koledzy fascynują się piłką nożną. Nie pojmowałem, czemu nagle zapanowała moda na “chodzenie” (parki zwykle rozpadały się po kilku dniach). Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nagle powinienem palić i pić piwo.
Oczywiście byłem w pewien sposób upośledzony społecznie – do dziś jestem. Miałem głowę napakowaną bzdurami z książek, o których nie miałem z kim porozmawiać – jakieś zupełnie śmieszne podejście do miłości, erotyki, przyjaźni, szeroko pojętego flirtowania… Ale tu właśnie krył się kluczowy dramat: nie znałem innych poglądów lub nie umiałem ich ocenić. Musicie zrozumieć, jak bardzo to jest ważne – skąd miałem wiedzieć, że dziewczyna, która lubi zakląć i się zabawić nie jest jakaś “dziwna”, skoro w książkach były tylko liryczne romantyczki, a nikt mi nie powiedział, że książki często kłamią?
Czytałem wtedy bardzo dużo, ale chaotycznie, wszystko, co mi w ręce wpadło – od “Claudii” po Lema. Sam się dowiedziałem ze szczegółami, skąd się biorą dzieci, ale nikt mi nie wytłumaczył przeróżnych niuansów. Czytałem o noszących długie suknie bohaterkach sprzed stu lat i myślałem, że takie powinny być dziewczyny. I tak dalej.
Ale wróćmy do sedna. Przez całe gimnazjum stopniowo coraz bardziej obniżała mi się samoocena. Nagle bowiem okazało się, że w ogóle nie kręci mnie wszechobecne disco polo, że piwo mi nie smakuje, a i w “M jak miłość” czy piłce nożnej nie widzę niczego fascynującego. A to było złe, bardzo złe. Co mógł sobie pomyśleć taki nieśmiały człowieczek jak ja, kiedy się zorientował, że jest jakiś “inny”? Oczywiście tylko jedno – że inny znaczy gorszy.
Potem, rzecz jasna, była jeszcze sprawa z Klaudią. To była moja pierwsza i jak dotąd ostatnia prawdziwa miłość, z której kompletnie nic nie wynikło. Zwyczajnie nie wyszliśmy nawet poza stadium “kolega i koleżanka” – głównie z mojej winy. Nie muszę chyba dodawać, że samoocena jeszcze bardziej mi spadła.

Zacząłem czytać HP, a w okolicy powoli zaczął się pojawiać internet. Ponieważ prawie nikt w moim otoczeniu tego nie czytał (a ci, którzy czytali, nie myśleli nawet, żeby o tym pogadać), więc po pewnym czasie – sam nie wiem jak – trafiłem na Magiczne.
Wyjście poza Forum Główne to był dopiero szok. Czy zdajecie sobie sprawę, że dopiero na Kulturze po raz pierwszy w życiu dowiedziałem się o takich filmach jak “Ojciec chrzestny” czy “Mechaniczna pomarańcza”? Albo że dopiero na TSie – śmiertelnie zdziwiony – zobaczyłem wypowiedzi młodych ludzi na temat bieżącej polityki czy wiary?
Możecie się śmiać, ale dla mnie to było jak objawienie. Naprawdę dopiero na forum zrozumiałem, że nie jestem gorszy od moich kolegów tylko dlatego, że jestem inny. Oczywiście, nie przyszło to od razu i wciąż się odzwyczajam od starego myślenia, ale to już było coś.

Każda wizyta u Katona i Ewy jest dla mnie jak łyk świeżego powietrza. Tak naprawdę dopiero tam oddycham. Zaczynam mówić głośniej, śmiać się, czuć się po prostu dobrze, na właściwym miejscu.
Spróbujcie się tak poczuć tutaj.

Pamiętam jedno wydarzenie. Czerwiec, zorganizowane przez klasę “nieoficjalne” ognisko w sąsiedniej wsi. Bez dorosłych, tylko my i znajomi znajomych; trwać miało do rana. Wróciłem do domu o dwunastej, nudząc się śmiertelnie wśród disco polo, piwa i gadania o niczym. A potem była nienawiść do siebie za to, że nie umiem nawet się bawić jak wszyscy. I myśl, że zawsze będę sam.
Dobrze, że to forum istnieje.

These are the days of our lives

kwiecień 7, 2008

A jednak kilka słów napiszę.

Było wspaniale. Jestem wdzięczny za wszystko, co tam przeżyłem – za inteligentne dyskusje, za żarty, za wspólne oglądanie “Milionerów”, za zazdrość…
Oj, zazdrości było sporo. Z mojej strony. Widok tylu szczęśliwych par… Cóż, sam się z tego trochę śmieję, ale byłem zazdrosny.
Ale, na szczęście, coraz lepiej idzie mi sztuka odczuwania “dobrej” zazdrości – nigdy, ale to nigdy nie życzę źle tym, którym zazdroszę; przeciwnie, życzę im jak najlepiej i mam po prostu nadzieję, że i do mnie się kiedyś los uśmiechnie. Chciałbym na kolejny zlot przyjechać z dziewczyną.

Ludzie, których już znałem, byli tak samo fajni jak przedtem. Ludzie zaś, których poznałem, przeszli wszelkie moje oczekiwania. Pozwolę sobie może “po nazwiskach”:
Child – bałem się go, bo boję się ludzi złośliwych. A tu przyjechał sympatyczny dryblas z kąśliwym, ale fajnym poczuciem humoru, w dodatku bardzo wyluzowany.
Em – spodziewałem się… sam nie wiem czego. Osoby cichej, trzymającej się na uboczu, takiej szarej myszki troszkę. Poznałem zaś piekielnie inteligentną, pewną siebie dziewczynę o ujmującej osobowości. Way to go, Em!
Cat/Miranda – zaskoczyła mnie sympatycznym podejściem do ludzi wokoło, ale od razu widać, że ktoś taki nie da sobie w kaszę dmuchać. Podziwiam i zazdroszczę przebojowości.
Tymon – widzieliście, jak on świetnie tańczy? No i tak pozytywnie zakręconego człowieka to tylko w Szamotułach szukać.
Potti – bardzo sympatyczna osóbka, którą za mało poznałem w ciągu tych kilku dni. Podziwiam za umiejętność dyskutowania z Katonem o muzyce.
Matoos – spodziewałem się surowego, poważnego mężczyzny, a przyjechał człowiek z wielkim poczuciem humoru i chętny do dyskusji. +100 do istnienia, Matoos.
Myśka – podobnie jak w przypadku Potti, nie zdążyłem jej dobrze poznać, ale wiem tyle, że lubi się dobrze bawić, a to dobrze.
Kinga/Kaan – wzorowa gospodyni i bardzo towarzyska forumowiczka. Idealne połączenie czy co?

Wróciłem, tak jak poprzednio, pozytywnie naładowany. Tym razem jednak jestem mądrzejszy – dawkuję sobie tę pogodę ducha z umiarem, żeby wystarczyło jej na dłużej. Dzięki temu dzisiejszy dzień był zwyczajny, ale pogodny i dobry. Oby tak dalej.

Zostało mi mnóstwo dobrych wspomnień, że napomknę tylko o naładowanym endorfinami Tymonie beztrosko ćwiczącym na sprzęcie Katona w rytm “It’s Getting Better” Mama Cass Elliot. O czwartej nad ranem.
I o Alicji, której prowiant ocalił nam życie i rozmowa z którą ocaliła mnie w czwartek przed wysłuchiwaniem życiowych mądrości pijanego Katona.
I o Miśku śpiącym pod palmą.
I o koszulce Matoosa z “+1 Shirt”.
Mógłbym tak wymieniać długo.

Chciałem jeszcze wspomnieć o jednej sprawie. Dom Katona to dla mnie ucieleśnienie marzeń o idealnym domu. Ten układ pomieszczeń, własny stawek, portrety na ścianach, pianino, piękne meble, atmosfera przytulności i rodzinnego ciepła… To jest dom, w którym się żyje, a nie tylko mieszka. Chciałbym kiedyś stworzyć moim dzieciom taki dom. Mówię w tej chwili zupełnie bez patosu.

Czekam z niecierpliwością na kolejny zjazd.
Jeszcze raz dzięki.