Archiwum z kwiecień, 2009

Get it?

kwiecień 18, 2009

Na początku myślałem, że mam możliwości, tylko z jakiegoś powodu nie umiem ich wykorzystać. Że wszystko, co muszę zrobić, to się skupić.
Nie potrafię się skupiać. Nie wtedy, kiedy to istotne. Rozmawiam i choć wydaje się, że słucham uważnie, moja uwaga się rozpływa. Czytam tekst i chcę – naprawdę chcę – odczytywać go jakoś głębiej, jakoś lepiej, ale nie umiem: widzę tylko najprostsze, najbardziej banalne rzeczy, które dostrzegłby i dwunastolatek. Nie jestem w stanie natychmiast, w toku rozmowy, zgrabnie sformułować swojej myśli ani wyłapać nawiązania do czegoś. (Dlatego wolę pisać). Kiedy mówię po angielsku, nie umiem jednocześnie pilnować gramatyki, sensu i poprawności wymowy.
Próbowałem to zmienić poprzez nakazanie sobie skupienia. Poprzez wymuszenie na sobie stałej czujności. Zacząłem zapisywać wszystkie obowiązki w notesie. Podczas rozmów starałem się maksymalnie skoncentrować na tym, co druga osoba mówi. Na zajęciach zmuszałem się do prób dostrzeżenia czegoś więcej niż moje banalne refleksje.
Nie pomogło.
Gubię rzeczy. Zapominam o obowiązkach. Mówię rzeczy głupie i nie na miejscu. Nie łapię w należytym czasie tego, co się do mnie mówi i nie rozumiem wielu rzeczy, które dla innych są oczywiste. Nauczyłem się już mówić “Nie”, kiedy ktoś pyta, czy znam ten lub tamten film bądź tekst, ale jeśli tych pytań jest za dużo, w końcu ogarnia mnie strach i zaczynam udawać, że wiem, o czym mowa, by nie wyjść na głupka.
Nie jestem najwyraźniej w stanie zmienić tego, jaki jestem. Myślałem, że jest potencjał, który muszę uruchomić, że to tylko jakaś blokada w mojej głowie, która nie pozwala mi się wystarczająco skupić. Ale tak nie jest. Nie ma blokady: po prostu nie ma tego potencjału. To, jaki jestem, to szczyt moich osiągów umysłowych. Nie będę już wyżej. To fizycznie niemożliwe.
Dlatego najlepszym wyjściem jest milczenie. Nieuczestniczenie. Gdy się nie mówi, nie można powiedzieć głupstwa.
Nie znaczy to, że nie będę się angażował. Będę, ale tylko wtedy, gdy ktoś będzie mnie potrzebował. Gdy będę mógł komuś coś dać, nie mając prawa żądać nic w zamian. Bo muszę to sobie nieustannie udowadniać. Muszę to bez końca potwierdzać. Muszę zapychać dowodami tę ziejącą, bezdenną dziurę.

Każda sytuacja jest testem. Każda. Wystarczy, że jestem ja i ktoś jeszcze. Rozmowa.
Test można zaliczyć lub oblać.
Jeśli obleję (a oblać znaczy czasem tyle, co nie wypaść zadowalająco, nie spełnić oczekiwań drugiej strony – ujawnić swą niewiedzę, brak umiejętności lub brak należytej bystrości), jestem na minus. To oczywiste. Porażka jest tylko potwierdzeniem, że poprzednie porażki nie były przypadkowe. Jeśli zawiodę, wiem, że zawiodłem i wina jest tylko i wyłącznie po mojej stronie. Strona druga nigdy nie jest winna. Nigdy. Choćby dlatego, że nie mam prawa mieć oczekiwań.
Jeśli zaś odniosę sukces, jeśli zaliczę test – wychodzę na zero. Udowadniam sobie, że czasem każdemu się udaje, nawet jeśli tylko przypadkiem.
Nie ma możliwości wyjścia na plus. Wszelkie zaliczenia zostają przekreślone jedną porażką, niezależnie od ilości sukcesów i skali porażki. Najmniejszy błąd powoduje automatyczną przegraną.
That’s how it works. I can’t make it more simple.

Jutro będę tej notki żałował, bo nie powinienem ich potrzebować.
Ale potrzebuję, więc będę je pisał. Skoro nie mogę stać się bystrzejszy, będę przynajmniej szczery.

Lifelines

kwiecień 12, 2009

Z powrotem w Mazewie. Każdy z powrotów jest inny. To ciekawe, ale teraz wracam i do domu, i do Krakowa. W obu przypadkach czuję, że słowo “wracać” jest właściwe.
Obserwuję. Mamę, która potrzebuje, by chwalić przyrządzony przez nią obiad czy poczynione zakupy. Adę, która próbuje zbliżyć jakoś nas wszystkich dokładnie tak, jak ja to robiłem – namawiając bezskutecznie do wspólnego oglądania filmów na komputerze albo grania w gry planszowe. Ciocię, która miota się i męczy w zaklętym kręgu swojego życia. Widzę to inaczej niż wtedy, kiedy byłem częścią tego wszystkiego. Tak, na kilka dni znów się nią stałem, ale to tylko moment. Jestem oderwany. Wiem już co prawda, że nie ma żadnego rozgraniczenia na Przemka z Mazewa i Przemka z Krakowa, ale nie w tym rzecz.
Nie mam poczucia ciągłości. Nigdy go nie miałem. Życie rozpada mi się na okresy i obrazy, bardzo silnie odrębne. Dlatego przejawy ciągłości, jakie podczas tego powrotu obserwuję, tak mnie zaskakują.
Kilka starych fotografii. Na pierwszej moi rodzice, młodzi i uśmiechnięci w jakiś słoneczny dzień. Tata szczupły, wysportowany, w krótkich spodenkach, mama wesoła i z włosami tak długimi, jakich nigdy u niej nie widziałem. Zdjęcie z czasów, gdy mnie nie było jeszcze nawet w planach. Patrzyłem na nich, niewiele starszych niż ja teraz, nie mających pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jacy wtedy byli? Jakie mieli plany? Czy kiedy mój tata porzucał szkołę oficerską, by móc wziąć z mamą ślub kościelny, zastanawiał się, jak się wszystko potoczy?
Jest też drugie zdjęcie, od którego długo nie mogłem oderwać wzroku. Ja, w wieku może dziesięciu lat, siedzący w fotelu z gazetą i patrzący w obiektyw. Patrzący na mnie. To takie dziwne: te oczy, które się we mnie z powagą wpatrują, to moje własne oczy. Twarz jakby nie moja – nie do końca identyfikuję się zresztą nawet z moją obecną twarzą. Przemek z przeszłości patrzy na mnie, jakby o coś mnie pytał i oczekiwał odpowiedzi, a ja myślę – kiedyś byłem nim. Siedziałem tam, po tamtej stronie mojego życia, jeszcze pewny siebie, jeszcze przewodzący okolicznym dzieciakom, a gdzieś daleko dorastali ludzie, którzy dziś są dla mnie najważniejsi. Nasze linie życia dopiero miały się skrzyżować. Gdzieś daleko w przyszłości czekał moment przeczytania “Harry’ego Pottera”. Czekała Klaudia, moja pierwsza miłość. Czekał mój pierwszy zlot. Pamiętny zlot kwietniowy. Matura. Kraków. A ja siedziałem tam, całe wieki temu, ja i zarazem nie ja, bo zupełnie inny człowiek. Nie potrafię nawet wyrazić, jak dziwne jest to uczucie.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, gdyby wyjawił mi, co się wydarzy – co bym odpowiedział?
Czytam własny pamiętnik z okresu gimnazjum. Najbardziej wstrząsające jest to, że zupełnie świadomie pisałem go do siebie. “Teraz, kiedy to czytasz, jesteś już pewnie dorosły, masz żonę albo dziewczynę i doskonale wiesz, co czuję. ALE JA TEGO NIE WIEM”. Toczę z tamtym Przemkiem dialog. Toczyłem go już wtedy. Linie życia są tu dość splątane.
Słucham historii o pradziadku, który być może był Rosjaninem i spalił papiery w wojennym zamęcie, by móc poślubić babcię-Polkę. Słucham o pradziadku, który był stolarzem i zginął, gdy wskutek nieuwagi przebił sobie tętnicę bardzo ostrym ołówkiem. Słucham też o dniu, w którym moja mama zdała sobie sprawę, że jest w ciąży, gdy zasłabła na Pasterce. Widzę linie, które doprowadziły do tego, że się pojawiłem.
Co jeszcze robię? Idę wstecz po własnych śladach. Wizyta u lekarza rodzinnego, spacer przez miasto czy droga krzyżowa w miejscowym kościele wydają się zarazem bliskie i całkowicie obce. Czuję się dziwnie.
A teraz leżę w swoim własnym łóżku, w swoim własnym pokoju i myślę, jak szybko przestałem tu pasować. Nie czuję ciągłości własnego życia i dlatego nie umiem już identyfikować się z żadnym z poprzednich Przemków. Ale odkrywając ślady człowieka, którym byłem przedtem, widzę, że musiałem być kimś naprawdę smutnym i samotnym.
Znacie zresztą tamtego mnie znacznie lepiej niż ja sam.