Na początku myślałem, że mam możliwości, tylko z jakiegoś powodu nie umiem ich wykorzystać. Że wszystko, co muszę zrobić, to się skupić.
Nie potrafię się skupiać. Nie wtedy, kiedy to istotne. Rozmawiam i choć wydaje się, że słucham uważnie, moja uwaga się rozpływa. Czytam tekst i chcę – naprawdę chcę – odczytywać go jakoś głębiej, jakoś lepiej, ale nie umiem: widzę tylko najprostsze, najbardziej banalne rzeczy, które dostrzegłby i dwunastolatek. Nie jestem w stanie natychmiast, w toku rozmowy, zgrabnie sformułować swojej myśli ani wyłapać nawiązania do czegoś. (Dlatego wolę pisać). Kiedy mówię po angielsku, nie umiem jednocześnie pilnować gramatyki, sensu i poprawności wymowy.
Próbowałem to zmienić poprzez nakazanie sobie skupienia. Poprzez wymuszenie na sobie stałej czujności. Zacząłem zapisywać wszystkie obowiązki w notesie. Podczas rozmów starałem się maksymalnie skoncentrować na tym, co druga osoba mówi. Na zajęciach zmuszałem się do prób dostrzeżenia czegoś więcej niż moje banalne refleksje.
Nie pomogło.
Gubię rzeczy. Zapominam o obowiązkach. Mówię rzeczy głupie i nie na miejscu. Nie łapię w należytym czasie tego, co się do mnie mówi i nie rozumiem wielu rzeczy, które dla innych są oczywiste. Nauczyłem się już mówić “Nie”, kiedy ktoś pyta, czy znam ten lub tamten film bądź tekst, ale jeśli tych pytań jest za dużo, w końcu ogarnia mnie strach i zaczynam udawać, że wiem, o czym mowa, by nie wyjść na głupka.
Nie jestem najwyraźniej w stanie zmienić tego, jaki jestem. Myślałem, że jest potencjał, który muszę uruchomić, że to tylko jakaś blokada w mojej głowie, która nie pozwala mi się wystarczająco skupić. Ale tak nie jest. Nie ma blokady: po prostu nie ma tego potencjału. To, jaki jestem, to szczyt moich osiągów umysłowych. Nie będę już wyżej. To fizycznie niemożliwe.
Dlatego najlepszym wyjściem jest milczenie. Nieuczestniczenie. Gdy się nie mówi, nie można powiedzieć głupstwa.
Nie znaczy to, że nie będę się angażował. Będę, ale tylko wtedy, gdy ktoś będzie mnie potrzebował. Gdy będę mógł komuś coś dać, nie mając prawa żądać nic w zamian. Bo muszę to sobie nieustannie udowadniać. Muszę to bez końca potwierdzać. Muszę zapychać dowodami tę ziejącą, bezdenną dziurę.
Każda sytuacja jest testem. Każda. Wystarczy, że jestem ja i ktoś jeszcze. Rozmowa.
Test można zaliczyć lub oblać.
Jeśli obleję (a oblać znaczy czasem tyle, co nie wypaść zadowalająco, nie spełnić oczekiwań drugiej strony – ujawnić swą niewiedzę, brak umiejętności lub brak należytej bystrości), jestem na minus. To oczywiste. Porażka jest tylko potwierdzeniem, że poprzednie porażki nie były przypadkowe. Jeśli zawiodę, wiem, że zawiodłem i wina jest tylko i wyłącznie po mojej stronie. Strona druga nigdy nie jest winna. Nigdy. Choćby dlatego, że nie mam prawa mieć oczekiwań.
Jeśli zaś odniosę sukces, jeśli zaliczę test – wychodzę na zero. Udowadniam sobie, że czasem każdemu się udaje, nawet jeśli tylko przypadkiem.
Nie ma możliwości wyjścia na plus. Wszelkie zaliczenia zostają przekreślone jedną porażką, niezależnie od ilości sukcesów i skali porażki. Najmniejszy błąd powoduje automatyczną przegraną.
That’s how it works. I can’t make it more simple.
Jutro będę tej notki żałował, bo nie powinienem ich potrzebować.
Ale potrzebuję, więc będę je pisał. Skoro nie mogę stać się bystrzejszy, będę przynajmniej szczery.
kwiecień 18, 2009 o 8:40 pm |
i co, i ile razy mam powtarzać, że te refleksje nie są banalne, nie są na poziomie dwunastolatka, ile można?
niech przyjdzie najka i powie coś mądrzejszego, ja w sumie chciałam tylko dać znać, że przeczytałam.
kwiecień 19, 2009 o 2:24 pm |
ja to przeczytałam dużo wcześniej, ale stwierdziłam, że nic nie napiszę, tylko pokręciłam głową. nikt nie mówił że tak łatwo jest się zmienić. niektórzy sami nie potrafią. ale pewne rzeczy przychodzą z czasem. wiem to z autopsji – nie potrzebowałam psychologa w pewnym okresie mojego życia (sram we własne gniazdo) choć intensywnie rozmyślałam o pójściu do niego, ale jakoś sama dałam sobie radę ze sobą. owszem, dużo łatwiej jest mysleć, że “nie ma się w sobie potencjału” i nic się nie da z tym zrobić, i faktycznie nic nie robić, tylko sobie egzystować. dużo trudniej jest dojrzeć tę blokadę i ją wyeliminować. nie chodzi o wymuszanie na sobie czegokolwiek, tylko o zrozumienie pewnych rzeczy, a reszta przyjdzie już sama. i nikt nie powiedział, że to szybki proces.
kwiecień 19, 2009 o 11:06 pm |
takie ciągłe zmuszanie się do coraz większego skupienia jest chyba jedną z tych czynności, które zawsze będą miały odwrotny efekt, jaki byś nie był. za to zdaje się, że blokada z czasem zniknie, jeśli spróbować od innej strony, trochę się ‘podkładając’- jak najwięcej czytać/oglądać/słuchać, choćby wydawało się, że nie wydobywasz z tego wszystkiego, co się da i właśnie dużo otwarcie rozmawiać, choćby ze świadomością, że nie jesteś w stanie robić tego na takim poziomie, jakbyś chciał. i raczej nie masz co się przejmować, że w międzyczasie ktoś Cię uzna za ‘głupka’, bo palnąć od czasu do czasu nie zdarza się tylko tym, którym w ogóle nieczęsto zdarza się coś powiedzieć- tylko trudno to nazwać radzeniem sobie z sytuacją i najczęściej wychodzą na niezbyt bystrych. a w końcu na pewno dostosujesz się do własnych wymagań w naturalny sposób, zamiast przy pomocy samej tylko siły woli próbować przeskoczyć brak pewnych nawyków czy ot tak zdobyć jakiekolwiek umiejętności* (bo wyobrażam sobie, że przez ileś lat nie potrzebowałeś wypowiadać się w pożądany teraz sposób, szybko wyłapywać, kojarzyć i wykorzystywać to, a przecież- ‘lots of people act well, but few people talk well’). zresztą, przyjdzie to dokładnie tak samo jak przyzwyczajenie się do obowiązków i innych tego typu bardziej przyziemnych spraw, a to już chyba łatwo sobie wyobrazić. przy czym jak się w to wszystko wkręcisz, to już nie będzie okazji do pisania takich notek czy w ogóle takich rozważań
*na marginesie: to, że tą drogą komuś wychodzi, niewiele ma wspólnego z bystrością czy jej brakiem.
Pzdr z krainy truizmów, ostatnio coś się mnie trzymają :>
kwiecień 20, 2009 o 9:20 am |
co do truizmów jeszcze, to wczoraj przeczytałam, że na jeden sukces składa się pięć porażek. i dotyczy to wszystkiego i każdego. niby banał, ale osobiście lubię wiedzieć, że nie jestem odosobniona
kwiecień 20, 2009 o 6:09 pm |
Ja… trzymałem się dosyć długo, zanim się tak posypałem. Jakoś tak się nagromadziło, musiał w końcu przyjść moment przeciążenia. W każdym razie to, że jednak więcej niż zwykle czasu minęło pomiędzy dwiema tego typu notkami, to dobry znak. Jest poprawa. Przed następnym kryzysem minie może jeszcze więcej czasu.
The fight’s not over. Nie zamierzam bynajmniej przybrać postawy takiej, jak w notce. Nie o to przecież chodzi. Będę dalej próbował.
Dzięki za porady, truizmy i całą resztę.
Ingie – I got scared.
kwiecień 21, 2009 o 8:34 am |
Potti, wyjątkowo się z Tobą zgadzam w całości
)) oj tam truizmy, dla jednego są nimi, dla drugiego nie, prawda? Przemek, tak trzymaj
kwiecień 23, 2009 o 1:40 pm |
Ja się tu nie będę teraz zmuszać do myślenia i radzenia, bo dzieciak na korepetycje czeka więc się muszę przygotować, tylko jedno więc powiem, bo mi znów tłucze się po głowie – jesteś moim męsko-mazewsko-krakowskim odpowiednikiem mentalnym. Nie wiem tylko, czy smutne to, czy urocze.
Wczoraj to chyba w myślach psioczyłam na wszelkie teorie o rzemiośle i geniuszu, że niby talentu mieć nie trzeba, tylko pracować pracować pracować. A ja nie wierzę w to zwyczajnie, albo po prostu w sobie tego geniuszu nie odkryłam jeszcze. Pewnie okaże się za 20 lat, że doskonale sprawdzam się jedynie w robieniu pyz na parze. Ciężko mi się pogodzić z tym, że outstanding można być tylko wtedy, jak się w sobie ma tą iskrę, a jak się iskry nie ma, to dupa i tyle.
kwiecień 23, 2009 o 6:42 pm |
Ewo, wypowiadam się tu głównie dlatego, że wiem jak to jest “nie mieć iskry” jak to się wyraziłaś, ale udało mi się ją odzyskać i wiem, że to jest możliwe. Naprawdę dobrze rozumiem o czym mówisz Ty czy Przemek. Chyba powinnaś to wiedzieć
kwiecień 23, 2009 o 6:45 pm |
P.S. Kiedyś pewna mądra osoba powiedziała mi, że polubić siebie można tylko przez syntezę, żadnych analiz, i miała rację
kwiecień 23, 2009 o 9:03 pm |
Nie wiem teraz, czy mówimy o tym samym. Pisząc o iskrze miałam na myśli drzemiący w nas (bądź nie) od dzieciństwa, predestynowany talent, ponadprzeciętny i znaczący. Niektórzy go w sobie mają, niektórzy nie, i źle mi z tym trochę, że nie znajduję się w tej pierwszej grupie. Przemek pewnie też ma takie poczucie. Chodzi o to, że obojętnie ile byśmy nie pracowali, obojętnie jak byśmy się nie starali, czujemy, że nigdy nie osiągniemy geniuszu Picassa, bo w nas nie ma iskry Picassa. Z tym, że ani ja ani Przemek nie mamy raczej ambicji malarskich, Pablo natomiast idealnie tu ilustruje przykład czystego i niepodważalnego geniuszu.
My to chyba jesteśmy tacy idealiści, którzy zawsze myśleli, że są stworzeni do wielkich rzeczy, a potem się zderzyliśmy brutalnie z chodnikiem. (tak, tak, bardzo w dzieciństwie pragnęłam być mega outstanding, otwarcie i bez wstydu się przyznaję).
Jeśli się Przemku nie zgadzasz z moimi odczuciami, to daj znać, przestanę pisać w liczbie mnogiej
kwiecień 23, 2009 o 9:05 pm |
PS Nie macie wrażenia, że forum się przenosi na Przemysławowego bloga?
kwiecień 24, 2009 o 8:32 am |
ja już powiedziałam w tym temacie chyba wszystko, co mogłam, i powinnam zaprzestać komentowania na dobre, bo wyjdzie, że się wymądrzam ;p no i nie lubię się powtarzać. chociaż jak tak niektóre komentarze czytam to mi aż ciśnienie skacze, no ale trudno.
jeszcze tylko powiem, że faktycznie pisząc o iskrze miałam na mysli co innego, mianowicie wiarę w siebie, no ale to tylko niezrozumienie. czysty i niepodważalny geniusz mają jednostki, a bez cięzkiej pracy po prostu go zmarnują
kwiecień 24, 2009 o 3:42 pm |
zawsze mi mówiono, że w życiu powinno się robić to co się lubi i w czym się jest najlepszym. najtrudniejsze to znaleźć w sobie to coś najlepszego, a jak się to zrobi, to trzeba je rozwijać i doskonalić.
jednak zaobserwowałam, że jeżeli by odwrócić kolejność, to to też ma sens. tzn najpierw się wyspecjalizować, być najlepszym, albo lepszym od większości, a potem przychodzi satysfakcja. zmierzam do tego, że czujemy się zagubieni, bo jesteśmy nieprzekonani o własnych zdolnościach i obranej drodze. myślę, że nie ma niczego złego w takiej niepewności. ale w takiej sytuacji trzeba chcieć się po prostu uczyć. chyba, że ktoś nam po drodze powie, że szkoda naszego czasu, bo jesteśmy do bani w tej dziedzinie. ale zakładam, że jakieś tam talenty jednak przejawiacie ;]
kwiecień 25, 2009 o 12:04 am |
No mowie. Do gotowania pyz na parze.
kwiecień 25, 2009 o 9:45 am |
z każdym słowem Ewy (Lilith) się zgadzam całkowicie, przecież talent to tylko 1%, reszta to ciężka praca i nie pamiętam, kto to powiedział pierwszy i ile to było dokładnie procent
ale tak ogólnie to wydaje mi się, że to wszystko tylko potwierdza moją tezę o tym, że komunikacja jest niemożliwa.
kwiecień 25, 2009 o 11:10 am |
‘zderzenie z betonem’ jest raczej standardowym etapem, niezależnym od potencjału. nie da się chyba rozwinąć bez takiego momentu, kiedy przestajesz być lepszy od kolegi z ławki, a zaczynasz być gorszy od Picassa*
tylko potem, jeśli lubisz coś robić (bo posiadanie zalążków talentu wynika już z tego poprzedniego), naturalne powinno być skupienie się na tym, co jest w środku. a przecież dostateczny kosmos między kimkolwiek z nas, a Dostojewskim, żeby mieć co robić, z jakimi ważnymi postaciami się porównywać i jakie sukcesy odnosić, nawet nie mając szans na osiągnięcie jego poziomu. przy czym ten brak iskry rzeczywiście może zacząć uwierać dopiero na końcu i wtedy będzie miał do powiedzenia więcej niż 1%, ale na razie to przecież tak abstrakcyjne i niepewne, że nawet nie wiadomo jak się tym przejmować.
a przecież nie jest i nie będzie tak źle, skoro teraz BARDZO się cieszymy z osiągnięć, jakie nam się trafiają- niektórzy, że puścili ich piosenkę w radiu, inni z docenienia ich zdjęć czy tekstów w internecie, ja z komentarzy nauczycielki malarstwa. a przecież nie jest znowu tak odległy etap z własną płytą, książką czy wystawą, w każdym razie bliższy niż to, do czego chcielibyście przeskoczyć i na pewno do osiągnięcia (na dobrym poziomie) przy odpowiednim zaangażowaniu. i wtedy przez chwilę raczej nie będzie takie istotne, co jest wyżej, a potem trzeba po prostu starać się, żeby takie momenty jak najczęściej się trafiały.
co by z tego miało nie wyjść w stosunku do dziecięcych fantazji to chyba i tak już nie czasy, kiedy staje się na środku chodnika i skarży mamie, że się dalej nie idzie :>
*z tego, co mi się wydaje sam dał zresztą kilka komentarzy nadających się do sytuacji, np. mówił, że kiedy przychodzi natchnienie, zastaje go przy pracy :>
kwiecień 26, 2009 o 9:55 am |
Evo – mów w liczbie mnogiej, zgadzam się.
kwiecień 28, 2009 o 1:12 pm |
moje szokujące zdrowie psychiczne i stosunek do siebie podpowiada mi kilka takich uwag:
1) częściowo to jest iluzja, bo ja jestem spójny osobowościowo, ale nie jest we mnie kilka ogromnych pęknięć i łatanie ich to niemal całość procesów w moim umyśle, a wiem, że nie da się ich załatać, ba!, załatanie ich może mnie pozbawić napięcia, które daje mi całe intelektualne i ‘wolicjonalne’ paliwo. ciężko być konserwatystą i rockmanem na raz, ciężko jest być katolikiem i pasjonatem pogaństwa na raz, ciężko jest jeśli się ma umysł syntetyczny i szuka się spójności. mnie wiadomość, że Brian Wilson mógł mieć w życiu epizod satanistyczny wytrąca z względnej równowagi na dwa dni, a potem się okazuje, że to bzdura ze strony jakichś pierdolniętych protestantów-sekciarzy. ale te napięcia nie znikają, nie zninką i są niezbędne. Chesterton pisał o ortodoksji, że jej sie nigdy nie ma, że to nie jest coś stabilnego i szacownego (jak to przedstawiają i jej wrogowie i wyznawcy) – to ciągły spacer po linie i zawsze jesteśmy o krok od herezji. i to się tyczy wszystkiego. zawsze jesteśmy o krok od błędu, głupoty, sprzeczności, zagubienia. to jest przygoda. wielki quest bez końca. wkurwia mnie kiedy ludzie mówią, że jestem leniwy. wkurwia mnie, bo jakby musieli myśleć tyle co ja to by zwariowali. kiedy leżę na łóżku bez ruchu właśnie walczę ze smokiem, z prawdziwym smokiem. dobrze, że jest Ewa i miłość i takie podstawowe ludzkie plany. dalej trzeba chodzić po linie, ale jest tyczka i kotku nie obraź się, że porównałem Cię do tyczki =*
2) wszystko co piszesz, Przemku, byłoby słuszne, ale nie jest, bo się mylisz. tautologia, ale dokładnie tak jest, bo wyprowadzasz kapitalne wnioski, ale same założenia sa złe, bo nie jest tak jak piszesz, nie jesteś taki jak piszesz, nie masz płytkich przemyśleń i nie zawodzisz, więc nie kradną tylko dają, nie rowery tylko samochody i nie w Moskwie tylko w Krakowie.
kwiecień 29, 2009 o 10:04 am |
1. Ano właśnie, to zupełnie nie jest tak, że jakikolwiek pogląd – a już zwłaszcza ortodoksja – jest stanem wygodnego nicnierobienia. To już raczej zaryzykowałbym stwierdzenie, że liberalizm jest łatwiejszy i wymagający mniejszego wysiłku (narażam się tu na replikę, spod której się pewnie nie wygrzebię, ale niech tam).
2. No przecież wiem no. Tylko nie zawsze pamiętam.
Ale dzięki.
maj 2, 2009 o 6:49 pm |
liberalizm jako filozofia zdystansowanego permisywizmu – oczywiście. liberalizm jako branie się za bary z własną wolnością bynajmniej.
maj 4, 2009 o 7:19 pm |
Zgadzam się i dla formalności uściślam, że miałem na myśli właśnie tę pierwszą ewentualność.