Dzieje się, dzieje, głównie w mojej głowie. Raz lepiej, raz gorzej. Kiepsko znoszę przedsesyjny stres, ale nie o tym chciałem pisać. Dawno nie było ode mnie wieści, oto więc mały raport.
Staram się zdyscyplinować swój umysł. Panować nad emocjami. Jeżeli chcę, by następowały zmiany na lepsze, muszę przede wszystkim nauczyć się kontroli nad emocjami. Dlatego staram się nie obnosić z nimi, nie słać tysiąca SMS-ów – chcę nauczyć się milczeć. To może mi tylko pomóc: momenty, których w życiu najbardziej żałuję, wiążą się z brakiem należytej kontroli nad uczuciami. Wszystkie te załamania, niepotrzebnie wypowiedziane słowa, głupie myśli… Potrzebuję poczucia, że mam nad sobą kontrolę.
Jest pewien problem, który wynika z tych starań: znacznie gorzej niż kiedyś przeżywam porażki. Albo inaczej – dopiero teraz, gdy wiem, że nie muszę zawsze zawodzić, odczuwam boleśnie własne upadki. To niebezpieczny stan: ta granicząca momentami z obsesją myśl, że robię za mało, nawet jeśli robię więcej, niż ktokolwiek inny. Chęć kontroli rozciąga się na wszystkie aspekty życia – nie tylko na emocje, ale i sferę finansów (choć tu akurat to zdrowy odruch), obowiązków, przyjemności… Zastanawiam się czasem, dokąd to zmierza, bo wiem, do jak dziwnych stanów umysłu jestem zdolny. Niepokoi mnie to trochę. Mimo wszystko lepsze to niż pozwalanie sobie na zbyt dużo.
Za dwa tygodnie skończy się moja przygoda z nauką tańca. Częściowo ze względów finansowych, częściowo czasowych, a głównie dlatego, że kiedy sobie z tańcem nie radzę, jest to niezwykle frustrujące zajęcie. A nie oszukujmy się, taniec nie jest moim żywiołem. Nie czuję się w nim pewnie, nie mam łatwości chłonięcia tej wiedzy. W dziedzinie zajęć wymagających zręczności, lotności i panowania nad własnym ciałem zarazem mogę być w najlepszym razie przeciętny. Chyba nie warto. Tata chciał, żebym nauczył się tańczyć; nauczyłem się. Ale to nie dla mnie.
Piszę. Raz na trzy tygodnie, raz na miesiąc, czasem rzadziej, ale piszę. Nic wielkiego, nic wybitnego. Nie zależy mi na wydaniu, nie umiałbym być znany. Może kiedyś. Na razie wystarczy, że sprawia mi to wielką przyjemność. Podoba mi się to, co piszę, znajduję w pisaniu spokój. Chcę to robić dla siebie. Mogę pisać jeden tekst przez rok albo i dłużej, nie szkodzi. Akurat w tych kwestiach upływ czasu może tylko pomóc. Mam jeszcze zbyt mało doświadczenia, także życiowego, by móc napisać to, co chciałbym swoimi tekstami powiedzieć. W tej chwili znajduję się w fazie przejściowej i jestem tego świadom.
Jestem sam, ale rzadko czuję się samotny. Była pewna Marta z grupy, która najwyraźniej była mną zainteresowana, więc zaprosiłem ją na kawę. Poszliśmy. Cóż – no chemistry, no point. Nie będę się przecież zmuszał. Wiem, że moim rodzicom jest trochę przykro i że martwi ich to, iż nadal jestem sam. Rozumiem to, na ich miejscu też bym się martwił. Tylko co z tego? Nic przecież na to nie poradzę. Nie czuję się samotny. Już nie.
Wiecie, staram się jakoś zadomowić w tym nowym życiu. I tak naprawdę to jestem szczęśliwy. Coś się zmieniło: to chwile gorsze są odstępstwami od lepszych, nie odwrotnie. Mimo różnych spraw, które nadal mnie dręczą, mimo że czasem jest bardzo ciężko być właśnie sobą, jest mi dobrze.
Mam nadzieję, że tak zostanie.