Komórka leży przede mną. Mam ją zawsze przy sobie i zawsze można się ze mną skontaktować. W jej pamięci zapisałem godziny otwarcia ważnych miejsc: sekretariatu, biblioteki, czytelni. Co ważniejsze informacje umieszczam na liście spraw i mam wtedy pewność, że dyskretny alarm o odpowiedniej porze przypomni mi o obowiązkach.
W torbie spoczywa kalendarz. Jego kartki są gęsto zapisane listą zadań do wykonania na kolejne dni. Listy są do pewnego stopnia płynne: jeśli coś jest mało istotne, może ulec przesunięciu na późniejszy termin bez zamieszania w grafiku. Umieszczam tam wszystko: od terminów zaliczeń po przypomnienia o urodzinach znajomych. Na ostatniej stronie kalendarza widnieje sporządzany skrupulatnie bilans dochodów i wydatków. W torbie spoczywa również – zawsze, na wszelki wypadek – zaopatrzony w ochronną okładkę indeks.
Moje notatki z zajęć leżą wszystkie w jednym miejscu. Wiem, jak odnaleźć te potrzebne. Notatki są w zasadzie kompletne. Nie muszę biegać po ludziach ani niczego kserować.
To do mnie ludzie piszą, gdy nie są pewni, czy jutro na pewno jest kolokwium albo co trzeba było przeczytać na staropolkę. I choć nie lubię tych telefonów, często znam odpowiedź.
Potrzebuję poczucia kontroli. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu; akceptuję to. Ale chcę panować nad rzeczami, nad którymi panować mogę. Po roku nowego życia jestem silniejszy. Chcę wykorzystać tę szansę.
Były rzeczy, na które sobie pozwalałem, bo byłem zbyt słaby. Od miesięcy jestem od nich wolny. Chciałbym, aby tak zostało. To lato będzie sprawdzianem: lato w Mazewie, z którego uciekłem. Chcę przyjechać we wrześniu do miasta, które kiedyś było na końcu świata, a teraz jest moje, i powiedzieć: jestem wolny.
Dość już poczucia winy. Dosyć już było chwil, gdy nienawidziłem siebie – nienawidziłem tak głęboko, że aż stawało się to groźne – za to, że ulegałem rzeczom, których we własnym mniemaniu “chciałem”. Nie chcę chcieć.
Chcę być wolny.
I będę.