Piątek. Dzień pierwszy. Muszelka.
Domek nad jeziorem. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na spotkanie? Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu nad Tymonville. Stamtąd nie chce się wyjeżdżać: gdybym mógł, zamieszkałbym tam i pisał całymi dniami. Widok z pomostu…
Znacznie ważniejsi od miejsca byli jednak ludzie. Możliwość zobaczenia was wszystkich to przecież esencja zlotu. Nie miało znaczenia, których z was ostatni raz spotkałem przed miesiącem, a których półtora roku temu. Radość była ta sama. Przebywanie z Magicznymi jest równie naturalne jak oddychanie i dopiero po powrocie uderza, że można żyć bez powietrza. Piątek był śpiewaniem na pomoście, słoneczną taflą jeziora, cichym z konieczności Zapachem wrzątku i niespożytą energią Tymona. Kwintesencja tego pierwszego dnia? Można było pić wódkę z kieliszka do jajek albo można jej było nie pić i każdy wybór był dobry. Siedem godzin w pociągu nie miało żadnego znaczenia. Żal wyłącznie starszych ludzi w przedziale, którzy nie rozumieli, jak śmieszne są pociągi z Zakopanego czterokrotnie zmieniające tory, by zgubić pościg.
Sobota. Dzień drugi. Chłopiec, który przeżył.
Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w sobotę, ta historia bez wątpienia przejdzie do historii. Ale nim Ewa miała okazję zdobyć +1 do Paramedic, zaś Marta +1 do Perswazji, były Scrabble i pływanie w lodowato zimnym jeziorze. Finał dnia drugiego bynajmniej go dla mnie nie definiuje. Zapamiętam zażartą dyskusję zakończoną szokującym wnioskiem, że to, co nie jest językiem, może nie posługiwać się narzędziami języka. Zapamiętam przykre historie ze szkoły, zwłaszcza tę, której nie opowiedziano. Zapamiętam drugą noc śpiewów na pomoście i to, jak wspaniale brzmią piosenki z Doctor Horrible’s Sing-Along Blog wykonywane w porywach zimnego wiatru i na cztery głosy. A narodziny jednorękiego bandyty? Pozostał mi żal do Avady, współczucie dla Tymona, uznanie dla zimnej krwi Ewy oraz wdzięczność dla Em i Najki, które wiedziały, co potrzebowałem usłyszeć w tamtej chwili. Bez wątpienia istotny epizod. Niekoniecznie coś, co chciałbym powtórzyć.
Niedziela. Dzień trzeci. Magiczne Dowcipy Weasleyów.
Po emocjach poprzedniej nocy tempo zlotu zmalało. Przebudzenia, porządki, odjazdy – tak zapamiętałem poranek. Był pomost w wielu wydaniach, od areny gry w kalambury (holizm!) po nocne rozważania filozoficzne. Narodził się po chuju Bambi i zalśniły, iście jak u Sapkowskiego, gwiazdy odbite nocą na powierzchni stawu. Tudzież jeziora. Nasz gospodarz był tego dnia mistrzem opowieści – potrafił nas ująć dowcipem o śmierdzeniu trupem i historią kawału z kominiarką. Czapki z głów, panie i panowie. I jeśli nawet na nastroje cień rzucał poranny powrót Łapy i myśl o opuszczeniu Tymonville, dzień był udany. Dziękuję wyrozumiałym rodzicom Ludwisarza i galopującym jeżom.
Poniedziałek. Dzień czwarty. Do Nory!
Dzień odjazdów to zawsze przykry dzień, nawet, jeśli dla większości z nas był to odjazd pozorny. Pożegnaliśmy z żalem Hazel, Tymona i Gosię. Podróż do Poznania była ciekawym przeżyciem – najpierw w ostatniej chwili wysiedliśmy na właściwym przystanku, potem o mało nie przegapiliśmy właściwego pociągu. Gumy od Najki ratowały życie, bo spać chciało się porządnie. Miasto doznań nie zawiodło. Przede wszystkim – Eva, za którą się stęskniłem i myślę, że nie byłem w tym uczuciu odosobniony. Danny Kalifornia, którego zawsze za mało. Z kwestii pozaludzkich zaś – zapierający dech w piersiach Stary Browar, uroczy rynek i piękno Poznania nocą. Przyjazd Katona z Marcinem w mgnieniu oka sprowadził rozmowę na temat muzyki, ale że otrzymaliśmy rekompensatę w postaci Abaddona, Dagorrana i Peruna, zostaje mu to niniejszym wybaczone. Eva ma doskonały angielski akcent, wie, co to cynghanedd i ma śliczne mieszkanie i puszcza piosenki o godności kobiet. Nareszcie się dowiedziałem, co napisała w pocztówce z Walii, którą otrzymałem rok temu. Chciałoby się więcej takich dni.
Wtorek. Dzień piąty. Ulica Pokątna.
Dzięki moim nieprzeciętnym umiejętnościom Wyszukiwania Ścieżek zobaczyliśmy poznańskie koziołki i niemiłego Pana Dementora. Wycieczka po mieście i widok z Wzgórza Przemysła utwierdziły mnie w przekonaniu, że gdyby nie istniał Kraków, to właśnie w tym miejscu chciałbym studiować. Tak, Evo, przez moment nawet żałowałem. Ale tylko przez moment. Zdecydowanym plusem dnia było poznanie Nataku. Zajmujący to człowiek.
A potem Przemek z niejasnych powodów wydał 150 złotych i poszedł na Radiohead. Obiektywnie rzecz biorąc, koncert był wspaniały, ale z przykrością muszę stwierdzić, że nie bawiłem się dobrze. Cóż, miło było wziąć udział w czymś tak dużym. Nawet, jeśli potem w domu było z tego powodu nie za ciekawie. Cieszę się, że inni byli zachwyceni, o to w sumie chodziło. Tyle na temat koncertu.
Kiedy zaś wszyscy już spali, Przemek, Marcin, Danny i Eva zapijali wódkę wodą mineralną i zagryzali orzechami włoskimi. Świt zastał nas dyskutujących o blogach, samoocenie, forum i uzależnieniu od internetu, niekoniecznie w tej kolejności. Zostały zawarte pijackie umowy, o których niech milczy historia. Potem zaś Eva czuła się źle. Ale to już właściwie nie należy do dnia piątego.
Środa. Dzień szósty. King’s Cross.
Dwie godziny snu to jednak trochę mało. Eva nie była nas w stanie pożegnać, co zrozumiałe. Razem z Najką przejechaliśmy bez biletu trzy poznańskie przystanki i wpakowaliśmy się do zapchanego pociągu. Głodni, bez biletów i zmuszeni okupować korytarz w pobliżu toalety, zostawiliśmy za sobą zlot. Reszta rozjechała się krótko po nas.
I to już właściwie koniec relacji. Jest co wspominać, nie ma czego żałować. Najlepszy prezent urodzinowy, o jakim mogłem marzyć. Tymonie, Evo – dziękuję.