Archiwum kategorii ‘Uncategorized’

A zlot to remember

sierpień 27, 2009

Piątek. Dzień pierwszy. Muszelka.

Domek nad jeziorem. Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce na spotkanie? Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu nad Tymonville. Stamtąd nie chce się wyjeżdżać: gdybym mógł, zamieszkałbym tam i pisał całymi dniami. Widok z pomostu…
Znacznie ważniejsi od miejsca byli jednak ludzie. Możliwość zobaczenia was wszystkich to przecież esencja zlotu. Nie miało znaczenia, których z was ostatni raz spotkałem przed miesiącem, a których półtora roku temu. Radość była ta sama. Przebywanie z Magicznymi jest równie naturalne jak oddychanie i dopiero po powrocie uderza, że można żyć bez powietrza. Piątek był śpiewaniem na pomoście, słoneczną taflą jeziora, cichym z konieczności Zapachem wrzątku i niespożytą energią Tymona. Kwintesencja tego pierwszego dnia? Można było pić wódkę z kieliszka do jajek albo można jej było nie pić i każdy wybór był dobry. Siedem godzin w pociągu nie miało żadnego znaczenia. Żal wyłącznie starszych ludzi w przedziale, którzy nie rozumieli, jak śmieszne są pociągi z Zakopanego czterokrotnie zmieniające tory, by zgubić pościg.

Sobota. Dzień drugi. Chłopiec, który przeżył.

Wszyscy wiemy, co wydarzyło się w sobotę, ta historia bez wątpienia przejdzie do historii. Ale nim Ewa miała okazję zdobyć +1 do Paramedic, zaś Marta +1 do Perswazji, były Scrabble i pływanie w lodowato zimnym jeziorze. Finał dnia drugiego bynajmniej go dla mnie nie definiuje. Zapamiętam zażartą dyskusję zakończoną szokującym wnioskiem, że to, co nie jest językiem, może nie posługiwać się narzędziami języka. Zapamiętam przykre historie ze szkoły, zwłaszcza tę, której nie opowiedziano. Zapamiętam drugą noc śpiewów na pomoście i to, jak wspaniale brzmią piosenki z Doctor Horrible’s Sing-Along Blog wykonywane w porywach zimnego wiatru i na cztery głosy. A narodziny jednorękiego bandyty? Pozostał mi żal do Avady, współczucie dla Tymona, uznanie dla zimnej krwi Ewy oraz wdzięczność dla Em i Najki, które wiedziały, co potrzebowałem usłyszeć w tamtej chwili. Bez wątpienia istotny epizod. Niekoniecznie coś, co chciałbym powtórzyć.

Niedziela. Dzień trzeci. Magiczne Dowcipy Weasleyów.

Po emocjach poprzedniej nocy tempo zlotu zmalało. Przebudzenia, porządki, odjazdy – tak zapamiętałem poranek. Był pomost w wielu wydaniach, od areny gry w kalambury (holizm!) po nocne rozważania filozoficzne. Narodził się po chuju Bambi i zalśniły, iście jak u Sapkowskiego, gwiazdy odbite nocą na powierzchni stawu. Tudzież jeziora. Nasz gospodarz był tego dnia mistrzem opowieści – potrafił nas ująć dowcipem o śmierdzeniu trupem i historią kawału z kominiarką. Czapki z głów, panie i panowie. I jeśli nawet na nastroje cień rzucał poranny powrót Łapy i myśl o opuszczeniu Tymonville, dzień był udany. Dziękuję wyrozumiałym rodzicom Ludwisarza i galopującym jeżom.

Poniedziałek. Dzień czwarty. Do Nory!

Dzień odjazdów to zawsze przykry dzień, nawet, jeśli dla większości z nas był to odjazd pozorny. Pożegnaliśmy z żalem Hazel, Tymona i Gosię. Podróż do Poznania była ciekawym przeżyciem – najpierw w ostatniej chwili wysiedliśmy na właściwym przystanku, potem o mało nie przegapiliśmy właściwego pociągu. Gumy od Najki ratowały życie, bo spać chciało się porządnie. Miasto doznań nie zawiodło. Przede wszystkim – Eva, za którą się stęskniłem i myślę, że nie byłem w tym uczuciu odosobniony. Danny Kalifornia, którego zawsze za mało. Z kwestii pozaludzkich zaś – zapierający dech w piersiach Stary Browar, uroczy rynek i piękno Poznania nocą. Przyjazd Katona z Marcinem w mgnieniu oka sprowadził rozmowę na temat muzyki, ale że otrzymaliśmy rekompensatę w postaci Abaddona, Dagorrana i Peruna, zostaje mu to niniejszym wybaczone. Eva ma doskonały angielski akcent, wie, co to cynghanedd i ma śliczne mieszkanie i puszcza piosenki o godności kobiet. Nareszcie się dowiedziałem, co napisała w pocztówce z Walii, którą otrzymałem rok temu. Chciałoby się więcej takich dni.

Wtorek. Dzień piąty. Ulica Pokątna.

Dzięki moim nieprzeciętnym umiejętnościom Wyszukiwania Ścieżek zobaczyliśmy poznańskie koziołki i niemiłego Pana Dementora. Wycieczka po mieście i widok z Wzgórza Przemysła utwierdziły mnie w przekonaniu, że gdyby nie istniał Kraków, to właśnie w tym miejscu chciałbym studiować. Tak, Evo, przez moment nawet żałowałem. Ale tylko przez moment. Zdecydowanym plusem dnia było poznanie Nataku. Zajmujący to człowiek.
A potem Przemek z niejasnych powodów wydał 150 złotych i poszedł na Radiohead. Obiektywnie rzecz biorąc, koncert był wspaniały, ale z przykrością muszę stwierdzić, że nie bawiłem się dobrze. Cóż, miło było wziąć udział w czymś tak dużym. Nawet, jeśli potem w domu było z tego powodu nie za ciekawie. Cieszę się, że inni byli zachwyceni, o to w sumie chodziło. Tyle na temat koncertu.
Kiedy zaś wszyscy już spali, Przemek, Marcin, Danny i Eva zapijali wódkę wodą mineralną i zagryzali orzechami włoskimi. Świt zastał nas dyskutujących o blogach, samoocenie, forum i uzależnieniu od internetu, niekoniecznie w tej kolejności. Zostały zawarte pijackie umowy, o których niech milczy historia. Potem zaś Eva czuła się źle. Ale to już właściwie nie należy do dnia piątego.

Środa. Dzień szósty. King’s Cross.

Dwie godziny snu to jednak trochę mało. Eva nie była nas w stanie pożegnać, co zrozumiałe. Razem z Najką przejechaliśmy bez biletu trzy poznańskie przystanki i wpakowaliśmy się do zapchanego pociągu. Głodni, bez biletów i zmuszeni okupować korytarz w pobliżu toalety, zostawiliśmy za sobą zlot. Reszta rozjechała się krótko po nas.

I to już właściwie koniec relacji. Jest co wspominać, nie ma czego żałować. Najlepszy prezent urodzinowy, o jakim mogłem marzyć. Tymonie, Evo – dziękuję.

“Dobra, rzuć za… jakieś ogólne ogarnięcie się.”

luty 26, 2009

Pierwszy raz grałem w RPG. Z Katonem jako Mistrzem Gry oraz Em, Avadą i Hazel jako współgraczami.

It. Was. Epic.

Zajmie mi jeszcze kilka sesji wczucie się w prowadzoną postać, ale poza tym było wspaniale. Kłóciliśmy się o wszystko, Avada rozwalał ludzi z Winchestera, Hazel strzelała w sufit podczas próby cichej ucieczki z celi, Em bawiła się w mistrza kierownicy, ja się oburzałem, że w pełnym przemocy świecie zostajemy napadnięci na drodze…

Katonie, nie mam doświadczenia w tej materii, ale jesteś świetnym Mistrzem Gry. Indianin tańczący na środku stacji benzynowej to niezapomniany obraz. Zresztą, sam fakt, że nas nie pozabijałeś, żeby się nas pozbyć z mieszkania, jest godzien podziwu!
Bardzo ciekawe doświadczenie. Chętnie je kiedyś powtórzę.

Na zakończenie – każda rozmowa od momentu mniej więcej po piętnastu minutach gry:

Katon: Zatrzymuje/zagaduje was X.
Przemek: Ja z nimi porozmawiam!
Avada łapie się za głowę, Hazel patrzy w sufit, Em robi minę pt. “rrright”.

These are the days of our lives

kwiecień 7, 2008

A jednak kilka słów napiszę.

Było wspaniale. Jestem wdzięczny za wszystko, co tam przeżyłem – za inteligentne dyskusje, za żarty, za wspólne oglądanie “Milionerów”, za zazdrość…
Oj, zazdrości było sporo. Z mojej strony. Widok tylu szczęśliwych par… Cóż, sam się z tego trochę śmieję, ale byłem zazdrosny.
Ale, na szczęście, coraz lepiej idzie mi sztuka odczuwania “dobrej” zazdrości – nigdy, ale to nigdy nie życzę źle tym, którym zazdroszę; przeciwnie, życzę im jak najlepiej i mam po prostu nadzieję, że i do mnie się kiedyś los uśmiechnie. Chciałbym na kolejny zlot przyjechać z dziewczyną.

Ludzie, których już znałem, byli tak samo fajni jak przedtem. Ludzie zaś, których poznałem, przeszli wszelkie moje oczekiwania. Pozwolę sobie może “po nazwiskach”:
Child – bałem się go, bo boję się ludzi złośliwych. A tu przyjechał sympatyczny dryblas z kąśliwym, ale fajnym poczuciem humoru, w dodatku bardzo wyluzowany.
Em – spodziewałem się… sam nie wiem czego. Osoby cichej, trzymającej się na uboczu, takiej szarej myszki troszkę. Poznałem zaś piekielnie inteligentną, pewną siebie dziewczynę o ujmującej osobowości. Way to go, Em!
Cat/Miranda – zaskoczyła mnie sympatycznym podejściem do ludzi wokoło, ale od razu widać, że ktoś taki nie da sobie w kaszę dmuchać. Podziwiam i zazdroszczę przebojowości.
Tymon – widzieliście, jak on świetnie tańczy? No i tak pozytywnie zakręconego człowieka to tylko w Szamotułach szukać.
Potti – bardzo sympatyczna osóbka, którą za mało poznałem w ciągu tych kilku dni. Podziwiam za umiejętność dyskutowania z Katonem o muzyce.
Matoos – spodziewałem się surowego, poważnego mężczyzny, a przyjechał człowiek z wielkim poczuciem humoru i chętny do dyskusji. +100 do istnienia, Matoos.
Myśka – podobnie jak w przypadku Potti, nie zdążyłem jej dobrze poznać, ale wiem tyle, że lubi się dobrze bawić, a to dobrze.
Kinga/Kaan – wzorowa gospodyni i bardzo towarzyska forumowiczka. Idealne połączenie czy co?

Wróciłem, tak jak poprzednio, pozytywnie naładowany. Tym razem jednak jestem mądrzejszy – dawkuję sobie tę pogodę ducha z umiarem, żeby wystarczyło jej na dłużej. Dzięki temu dzisiejszy dzień był zwyczajny, ale pogodny i dobry. Oby tak dalej.

Zostało mi mnóstwo dobrych wspomnień, że napomknę tylko o naładowanym endorfinami Tymonie beztrosko ćwiczącym na sprzęcie Katona w rytm “It’s Getting Better” Mama Cass Elliot. O czwartej nad ranem.
I o Alicji, której prowiant ocalił nam życie i rozmowa z którą ocaliła mnie w czwartek przed wysłuchiwaniem życiowych mądrości pijanego Katona.
I o Miśku śpiącym pod palmą.
I o koszulce Matoosa z “+1 Shirt”.
Mógłbym tak wymieniać długo.

Chciałem jeszcze wspomnieć o jednej sprawie. Dom Katona to dla mnie ucieleśnienie marzeń o idealnym domu. Ten układ pomieszczeń, własny stawek, portrety na ścianach, pianino, piękne meble, atmosfera przytulności i rodzinnego ciepła… To jest dom, w którym się żyje, a nie tylko mieszka. Chciałbym kiedyś stworzyć moim dzieciom taki dom. Mówię w tej chwili zupełnie bez patosu.

Czekam z niecierpliwością na kolejny zjazd.
Jeszcze raz dzięki.

Dziś był wspaniały dzień

luty 18, 2008

Byłem w Krakowie i było świetnie. Najka jest słodka, Eva jest bardzo sympatyczna, Hazel jest milusia, Lilith bardzo gościnna (i cierpliwa), a Avada zajebisty. I tyle.
Naładowałem tam sobie wewnętrzne baterie. To było dla mnie niesamowicie odświeżające i ekscytujące – być wśród ludzi, którzy mnie po prostu lubią i w towarzystwie których autentycznie chcę przebywać. Aż mi się przykro zrobiło, gdy wróciłem.
Dzięki temu wyjazdowi tak się naładowałem pozytywną energią, że dzisiejszy dzień był najlepszym dniem od wielu, wielu lat. Czułem pewność siebie – autentyczną pewność siebie i wiarę, że mogę dokonać wszystkiego. Nie koloryzuję, naprawdę się tak czułem. Wszystko mi wychodziło: granie w siatkę (Jezu, jak ja zajebiście grałem!), relacje z kolegami i koleżankami (robiłem, co chciałem, nie oglądając się na nich), siedzenie na lekcjach, powrót do domu, po prostu wszystko. Byłem tak szczęśliwy, że uśmiechałem się szeroko, idąc chodnikiem. Nie pamiętam, żebym robił to kiedykolwiek od dzieciństwa. Chciało mi się śpiewać i śpiewałem, idąc pieszo do domu przez pustkowie. “Jałtę” Kaczmarskiego.
W domu trochę wszystko popsułem, fundując sobie porno i męcząc się nad wypracowaniem, ale to nic.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak dobrze i tak pewnie. Nie umiecie sobie nawet wyobrazić, jak niewiarygodnie zajebiście było poczuć wiarę w siebie, i to taką.

Ten wyjazd wart był każdej złotówki, każdego zakłopotania przy przerastających mnie dyskusjach i każdej minuty stania w korku.
Dziękuję, Ewo i Mateuszu. Dziś byłem innym człowiekiem.